Czarodziejka z Florencji, SALMAN RUSHIDE

czwartek, 9 grudnia 2010

Jestem jak sroka, nie mogłam oprzeć się takiej okładce:

O czym jest?
Zdobywca Bookera, Salman Rushide zabiera nas w podróż po opowieściach. Jest tu ich bowiem sporo, jedna zawiera się w kolejnej. Klamrą spajającą je wszystkie jest przybycie na dwór indyjskiego cesarza Akbara złotowłosego cudzoziemca, dell'Amore, twierdzącego, że zna historię, którą musi koniecznie Akbarowi przekazać. No i się zaczyna: lądujemy we Florencji na przełomie XVI i XVII wieku, spotykamy Medyceuszy, Vespuccich i Machiavellich. A w międzyczasie przenosimy się na pustynie Anatolii, uzbeckie stepy, a także zdradliwe wody morza Śródziemnego. Cała opowieść dell'Amore dotyczy jego domniemanej matki, zaginionej mogolskiej księżniczki Qara Koz, którą los rzucał to tu to tam, aż w końcu wylądowała we Florencji.

Co o niej sądzę?
Bywały fragmenty, które czytałam jak urzeczona, a dotyczyły one przede wszystkim Florencji. Florencja epoki renesansu wydaje mi się miejscem absolutnie fascynującym, a przedstawiono ją w niezwykle żywy, plastyczny sposób. Cały wątek Niccola Machiavellego, jego rozmyślań i powodów, dla których wysnuł w Księciu wnioski jakie wysnuł, stanowił najprzyjemniejszą i najbardziej realistyczną część tej powieści. Dla Niccola warto było Czarodziejkę przeczytać.

Reszta fabuły to takie Baśnie z tysiąca i jednej nocy: dużo czarów (tytuł zobowiązuje), leniwe tempo opowieści, wątki rwące się, zataczające koła, wypuszczające co i raz nowe odnogi. Struktura tej powieści przypominała mi perski kobierzec, w którym oglądając poszczególne nitki niewiele doszukamy się sensu, i dopiero spojrzawszy na całość, możemy w pełni docenić kunszt rękodzielnika. Niektórym może to przeszkadzać, a mnie pod koniec zaczęło męczyć, ale dałam się "wpleść" w tę opowieść, wciągnęłam się i  nawet ciągłe skakanie między miejscami, czasami i postaciami przestało mi przeszkadzać.

To co mi naprawdę przeszkadzało w tej powieści, to przedstawienie kobiet, zwłaszcza tytułowej Czarodziejki. Czarodziejka bowiem była nieziemsko piękna i wszyscy jako żywo ją uwielbiali (co prawda niekiedy musiała zmierzyć się z rozszalałym motłochem, ale nawet wtedy umiała skombinować sobie jakiegoś ukochanego, gotowego za nią umierać). I właściwie do tego sprowadzają się te jej czary. Jest tytułową bohaterką, motorem opowieści, kobietą o którą zabijają się mężczyźni, legendą za życia jak i po śmierci, a cała jej zasługa sprowadza się do tego że była piękna. No przepraszam, może faceci czytający tę książkę (a nie sądzę, by wielu po nią sięgnęło, zważywszy na okładkę) dadzą się wkręcić w tę adorację kobiecego idealnego piękna. Mnie się to nie spodobało, spłyciło opowieść.

Dla kogo?
To jest naprawdę świetna książka na takie wieczory jak teraz, długie i zimne. Daje szerokie pole do popisu dla wyobraźni, przenosi czytelnika w najróżniejsze miejsca, daje posmakować i Wschodu, i Zachodu. Pokazuje, że świat jest ogromny, i był taki również pięćset lat temu, kiedy statek szkockiego kapitana  wysłannika królowej Elżbiety, żeglował do Indii. Skupiając się na europejskiej historii zapominamy, że Europa jest tylko wypustkiem wielkiej Eurazji, i że na wschód, na południe od naszych ziem istniały wielkie, fascynujące cywilizacje. Ta książka świetnie to pokazuje.

Ocena:
8/10

Ps. Czy tylko ja zauważyłam, że ta miniatura na okładce przedstawia scenkę z Kamasutry?

6 komentarze:

Agnes pisze...

Okładka cudo, a co do opowieści... hm, mam na półce "Hakawati" zaczęte i przerwane i nie dałam rady. Zbyt zaplecione te 1001 nocy. Podejrzewam, że tu może być podobnie.

the_book pisze...

Bardzo chcę to przeczytać. Bardzo w moich klimatach :)

sylwia pisze...

Miałam podobne odczucia, co do przedstawienia kobiecości w tej powieści, o czym pisałam zresztą u siebie na blogu. Kobiet są setki, ale wszystkie w cieniu. Kara Koz niby ma władzę, ale tylko, jeśli jest u boku mężczyzny. A jednak powieść tę czytało mi się świetnie. Rushdie to bajarz, a ja dałam się wciągnąć jego narracji. Cieszę się, że i ty wysoko ją oceniasz :)

grendella
http://ksiazkimojejsiostry.blox.pl

Bazyl pisze...

A mnie z półki w biblio kusi "Salimar klaun", ale jakoś boję się Rushdiego :D

Agnes pisze...

Salimar jest świetny. Też się bałam, głównie objętości, ale mi przeszło po parunastu stronach.

Lili pisze...

Agnes - Hakawati nie czytałam, więc nie bardzo mogę porównać, ale tu nie jest tak źle z tą bajkowością, czyta się to całkiem nieźle. :)

the_book - zachęcam! :)

Grendello - czytałam Twoją recenzję, chyba odczucia mamy podobne. Wyczuwałam cały czas jakiś dziwny stosunek autora do kobiet, taki czołobitno-uprzedmiotawiający...

Bazyl - nie ma co się bać! (chyba;)

Prześlij komentarz