Opętanie, A. S. BYATT

sobota, 27 listopada 2010

A więc przyszła i na mnie kolej. Dałam się opętać Opętaniu. :)

O czym jest?
A. S. Byatt stworzyła coś w rodzaju literackiego science fiction. W jej opowieści dziewiętnastowieczny poeta Randolph Henry Ash zajmuje poczytne miejsce w panteonie angielskich mistrzów pióra, a ruchy feministyczne za jedną ze swoich ikon uznają współczesną Ashowi pisarkę Christabel LaMotte. Życie i twórczość obojga są poddawane wnikliwym studiom, i to zarówno w ich ojczyźnie jak i po drugiej stronie Atlantyku, co wywołuje sporo napięć  pomiędzy środowiskami akademickimi na starym i nowym kontynencie.

Historia rozpoczyna się od odkrycia. Roland, zajmujący się Ashem doktorant, biedny jak mysz kościelna i tkwiący w niezbyt szczęśliwym związku, znajduje w starym bibliotecznym woluminie brudnopisy listów wielkiego poety do nieznanej damy. I kradnie je, pchnięty nagłym impulsem. Ową damą jest prawdopodobnie panna LaMotte, której do tej pory zupełnie z Ashem nie kojarzono. Roland zwraca się o pomoc do Maud Bailey, badającej życie LaMotte, a potem razem podążają tropem tajemniczych listów, odkrywając prawdę o obydwojgu wiktoriańskich twórcach.

Co o niej sądzę?
Ta książka nie wciągnęła mnie od samego początku. Owszem, zachwyciła stylem, pomysłem i oryginalnością, ale nie sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać. Przeszkadzali mi z początku bohaterowie, jacyś niezdecydowani i problematyczni, przeszkadzała wiktoriańska stylizacja w korespondencji Asha i LaMotte, nie podobało się trochę prześmiewcze przedstawienie życia naukowego. Roland i Maud zamiast rozejrzeć się wokół siebie, siedzą z nosem w stęchłych dokumentach, zamiast zrobić coś ze swoim życiem, zanurzają się w cudze, dawno minione. Ale potem wszystko nagle zaczęło nabierać sensu. Klocuszki, z których zbudowana jest powieść, te listy i dzienniki, rozmyślania i retrospekcje, przeskakiwanie w czasie i przestrzeni - to w którymś momencie zaczęło się pięknie układać. Tak pięknie, że na policzki wystąpiły mi rasowe, wiktoriańskie rumieńce.

Narracja jest dość oryginalna (postmodernistyczna, jeśli mogę użyć tego modnego słowa), ale szybko można się do niej przyzwyczaić choć, szczerze mówiąc, nie zdzierżyłam tych wszystkich poematów i tylko przeskakiwałam je wzrokiem. Ten narracyjny zabieg sprawia, że bohaterowie wydają sięjeszcze bliżsi, jeszcze prawdziwsi. Uderzyła mnie zręczność autorki, z którą plecie ona ich losy. Obie pary, dwudziestowieczna i dziewiętnastowieczna, są połączone międzyczasową więzią, jakby stanowiły swoje lustrzane odbicia. W tej powieści nie ma zbędnych elementów, każdy klocek prędzej czy później znajduje swoje miejsce.

Dla kogo?
To jest opowieść o miłości i literaturze, połączonych i zaplątanych. Każdy, kto ceni sobie obie te rzeczy znajdzie wielką przyjemność w lekturze. Dla miłośników wiktoriańskich klimatów to pozycja obowiązkowa - na początku oglądamy co prawda ten dziewiętnastowieczny świat trochę z daleka, bardziej z perspektywy Rolanda-badacza, jednak w miarę czytania zagłębiamy się w niego coraz bardziej i bardziej. Klimat tej książki jest niesamowity!

Ocena:
9/10

PS. Słuchacie muzyki podczas lektury książek? Ja robię to nieczęsto, ponieważ zazwyczaj muzyka mnie rozprasza. Jednak w tych rzadkich wypadkach zawsze później dany album/piosenki natychmiast kojarzą mi się z określoną powieścią, z jej klimatem i stylem. Opętanie czytałam słuchając albumu francuskiej artystki Zaz. Jest cudny!

Piosenka 1.
Piosenka 2.


Piosenka 3, z naprawdę pięknym tekstem.

6 komentarze:

Kasiek - o mnie pisze...

Na razie sobie robię wolne od tej książki nie mogę się do niej przekonać.
Ale film mnie oczarował...

Lili pisze...

Film muszę obejrzeć koniecznie! Widziałam trailer, zapowiada się świetnie. :)

ultramaryna pisze...

Fakt, te wszystkie poematy i listy czyta się ciężko, ale naprawdę warto. A film leciał w czwartek na Polsacie ;) Niezły, ale wolę książkę :)

Lili pisze...

Listy przeczytałam wszystkie. :) Swoją drogą, najbardziej wiktoriańsko i uroczo wyglądały te niektóre rzeczowniki pisane wielką literą.
O Opętaniu na Polsacie nie wiedziałam, ale nawet nie żałuję, bo oglądanie filmów z lektorem to tylko połowa przyjemności. ;)

sylwia pisze...

Mnie ta książka po prostu urzekła i zaczarowała. Od początku nie mogłam się oderwać :) Nie mogę się powstrzymać, żeby nie napisać, że masz cudny, liryczny szablon.

grendella

Lili pisze...

Dziękuję. :) To efekt wielogodzinnych poszukiwań. ;)

Prześlij komentarz