Dziecko Gwiazd Atlantyda, MICHALINA OLSZAŃSKA

środa, 17 marca 2010

Nie wiem czemu, ale ta recenzja została parokrotnie przekopiowana do innych miejsc. Chciałabym więc zaznaczyć, że ten blog jest jedynym miejscem w internecie, gdzie recenzowałam książkę Michaliny Olszańskiej. Nigdzie indziej tej recenzji nie zamieszczałam, ani nie pisałam innych, więc ktokolwiek piszący pod moim nickiem - to nie ja. :) Howgh.

Zawzięłam się i dokończyłam tę książkę. ;)


O czym jest?
Atlantyda jest najwspanialszym królestwem na świecie, pokojowym, ale potężnym. Córka władcy Atlantydy nazywa się Meihna. Charakteryzuje ją niespotykana uroda, niechęć do zabijania zwierząt, spryt i płaczliwość. Nie jest generalnie przygotowana do zadania ratowania Atlantydy, ale będzie musiała mu podołać. Oto bowiem jej ojciec i brat - następca tronu - zostają zabici (na śmierć), a rządy obejmuje młodszy brat, trzynastolatek, który wydaje wszystkie pieniądze na hulanki i swawole, a na dodatek otacza się niewłaściwymi ludźmi. Jeden z jego nowych koleżków chce zniszczyć wspaniałą Wyspę.

Meihna wyrusza więc w podróż w poszukiwaniu maga-wybawiciela, poznaje po drodze ukochanego i stawia czoła różnym niebezpieczeństwom. Całość przywodzi na myśl bajki z cyklu "zadanie do wypełnienia", "potwór do pokonania", "czarodziejska kraina do przebycia".

Co o niej sądzę?
Niestety, ta książka jest dowodem na to, że za pisanie powinni brać się ludzie dorośli. Gdyby jeszcze wystawiano ją w dziale młodzieżowym, dziecięcym... Nie jest wysokich lotów, ale dla egzaltowanej panienki stanowiłaby pewnie łakomy kąsek. Dla dorosłych czytelników jest to lektura raczej niestrawna. Po pierwsze - styl. Jest absolutnie niedopracowany. Dialogi to raczej zapisy rozmów, opisy akcji wołają o pomstę do nieba! (Nie są wyjątkiem akapity rozciągające się na 2-3 strony.) Roi się od błędów stylistycznych i składniowych, tak jakby redaktor na oczy nie widział maszynopisu. Przyznać muszę, że opisy przyrody są bardzo plastyczne i pokazują wrażliwość autorki, jednak znowu - zachwycałabym się nimi dziesięć lat temu, teraz już nie.

Od fabuły zgrzytają zęby. Ścierpiałabym ten kanciasty styl, gdyby opowieść była wciągająca. Ale nie jest! Fabuła to zapis scen, urywków zdarzeń, które niby tworzą jakąś spójną całość, ale gdyby wyciąć połowę, to tak naprawdę nie zrobiłoby to żadnej różnicy. Przygody bohaterki podczas jej podroży to już w ogóle szczyt szczytów. Niby później się okazuje, że to tak specjalnie, że to wszystko potrzebne itd, no ale czytać przez 200 stron o czymś, co sama bohaterka komentuje tak?
"Przeszłam dużo, ale właściwie nie wiem po co. Spotykały mnie dziwne, bezsensowne rzeczy."
Poza tym kreacja bohaterki (bo inne postacie są ledwie zarysowane, właściwie nie mają osobowości) jest źle pomyślana. Meihna ma niby wyróżniać się pięknem duchowym, a jest tchórzliwa, kłamie na potęgę, daje się bezwolnie nieść wydarzeniom, traktuje innych z wyższością itd. Przemiana, jaka niby w niej zaszła jest absolutnie niewidoczna. 

Dobrze, czemu więc w ogóle czytałam tę powieść skoro jest taka beznadziejna? Z dwóch powodów: po pierwsze książka jest tak pięknie wydana, że ogromną przyjemność sprawiało mi trzymanie jej po prostu w rękach. Zapach kartek i skrzypienie obwoluty o okładkę działa na mnie w sposób kusząco-przyzywający. Po drugie, miałam cały czas na względzie, że powieść tę pisała piętnasto- czy szesnastolatka, co łagodziło w pewien sposób irytację, no bo czego więcej spodziewać się po tak młodej autorce?

Dla kogo?
Dla osób kupujących książki w celach dekoracyjnych. :D Poza tym dla młodych panienek - myślę, że książka może być dobrym prezentem dla bujającej w obłokach małolaty, bo nie zawiera prawie scen przemocy, pełna jest metaforycznych opisów, propaguje miłość do przyrody itd. Również dla tych, którzy chcą sami przekonać się czy wydawanie dzieł nastolatków ma jakikolwiek sens. Moim zdaniem nie ma.

Ocena:
2/10

24 komentarze:

Skarletka pisze...

"Zawzięłaś się"? Mam tę książkę na półce i po przeczytaniu kilku stron spodziewałam się miłej lektury. Zobaczymy :)

Zosik pisze...

Wydaje mi się, że to sama autorka pozuje na okładce. Widziałam ją na krakowskich targach książki i wydała mi się podejrzanie podobna do dziewczęcia na okładce.

Skarletka pisze...

Zosik, ja też się nad tym zastanawiałam i doszłam do tego samego: na okładce pozuje autorka.

Lili pisze...

Skarletko - zawzięłam się, bo czytałam "Atlantydę" przez trzy miesiące i w sumie nie wiem czy bym ją dokończyła, gdyby nie chęć zrecenzowania jej na blogu.

Zosik - tak, to autorka we własnej osobie. :) Na okładce książki jest podana strona internetowa Michaliny, gdzie można zobaczyć również inne jej zdjęcia z tej samej sesji: www.michalina-olszanska.pl

nutta pisze...

Świetne krytyczne spostrzeżenia. Pozdrawiam:)

2lewastrona pisze...

:) fajnie napisałaś

Lili pisze...

Dzięki. :) Wolę chwalić książki niż je krytykować, no ale czasem trzeba. ;)

Anhelli pisze...

Witaj :)

Parę miesięcy temu miałam do wyboru zakupić E. Safak "Pchli Pałac" albo tę książeczkę. Nie żebym była fanką fantasy, z jakiegoś irracjonalnego powodu urzekła mnie krótka notka na książce i pomyślałam, czy nie byłoby dobrze wesprzeć finansowo początkującą, młodą pisarkę z naszego pięknego kraju. Ale żem przekorne zwierzę i wolę raczej zachwycić się niż rozczarować, kupiłam Safak i nie żałuję, zwłaszcza teraz, kiedy zamieściłaś u siebie tę notkę. Merci.

pozdrawiam serdecznie :)

marianna pisze...

No to czytałyśmy chyba nie tę samą książkę. Ja jestem do tej książki na tak, na duże TAK. Jest to piękna, świeża, czysta powieść,wciągająca niepostrzeżenie ale nieodwołalnie, tak, że żal było rozstać się z nastoletnią bohaterką, która zmuszona była stawić czoło wydarzeniom przerastającym jej wiek, doświadczenie czy wiedzę. Olszańska pisze pięknym językiem, w pięknym stylu, nikogo nie naśladuje, nie epatuje na siłę, nie goni za modą, opowiada historię swojej rówieśnicy jasno i logicznie. Stwarza taką iluzję, że zapomniałam, że czytam baśń napisaną przez jeszcze dziecko. Postaci, które stworzyła są wyraziste, pełnokrwiste-gotowe role filmowe. Ja jestem już panią z czwartym krzyżykiem za pasem i powieść Olszańskiej przypomniała mi moje nastolactwo, czas dokonywania wyborów bez świadomości "co to będzie", przypomniała mi co zrobiłam a uświadomiła co powinnam była. Bohaterka Olszańskiej jest taką, jaką ja chciałabym być w jej wieku-no to się już nie stanie-ale pokochałam tę atlantydzką dziewczynę, czyż nie po to czytamy książki? Książkę Olszańskiej kupiłam po jej wywiadzie w Radiu Zet i po zobaczeniu tego wywiadu w internecie- to jest bardzo ciekawy człowiek, w tak młodym wieku doprowadza do wydania swojej powieści, powieści niezwykłej, magicznej, ba filozoficznej, antycznie szlachetnej, zmuszającej do głębokiej refleksji nad naszym życiem, nad naszym światem, nad naszą przyszłością. Nie krzyczy przy tym, nie strzela, nie straszy- oczarowuje! Po lekturze "Dziecka gwiazd Atlantydy" zastanawiałam się czy aby w zoo nie mają jednorożców. A po zakończeniu książki, które uważam, że Olszańska napisała na miarę starożytnego Mistrza, tak zaskakuje i tak zachwyca, owładnęła mnie taka oto myśl- Atlantyda to my! I to sprawiła dziewczyna, która miała 15 lat kiedy napisała tę baśń, a 17 lat kiedy ją wydała. Nie mogę się zgodzić, a mam i doświadczenie do tego, i wykształcenie, na Twoją droga Lili, ocenę książki Michaliny Olszańskiej. Jest mówiąc delikatnie, niesprawiedliwa. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że jesteś niemerytorycznie uprzedzona do autorki- ja też jestem kobietą, nie obce mi są kobiece emocje, zdradzę, że mam na koncie dwóch mężów i jestem wyzwoloną kobietą. Droga Lili, czas nas uczy pogody... . A Anhelli poradzę- przeczytaj, doświadcz sama, bo inaczej właśnie będziesz żałowała. Miałaś dobry instynkt po przeczytaniu wydawniczej notki, idź za instynktem, to nasza wspaniała kobieca moc. A poza tym pięknie jest podyskutować o literaturze a nie o dajmy na to pupie jakiejś celebrytki. Pozdrawiam Was Siostry.

Lili pisze...

Marianno,
nie znam Cię z książkowej blogsfery, a ponieważ Twoje konto na bloggerze jest świeże, podejrzewam, że zarejestrowałaś się tylko po to, by dać wyraz niezadowoleniu na moją recenzję "Atlantydy". Na BiblioNetce zaistniała podobna sytuacja - nowi użytkownicy piszący podobne do Twojego elaboraty, wychwalający książkę Olszańskiej i atakujący wszelkie przejawy krytyki (potem się okazało, że to jeden użytkownik, za co został ukarany przez admina).

Szczerze mówiąc po przeczytaniu komentarzy na BN, zastanawiałam się, czy i mnie nie spotka wizyta kogoś takiego - i proszę, spotkała. :)

Marianno, to jest mój blog, gdzie zamieszczam osobiste uwagi, recenzje i przemyślenia. Po recenzjach innych książek czytelnicy mogą zorientować się jaki mam gust i zdecydować czy brać pod uwagę moje opinie czy nie.

Nie zarzucaj mi proszę niekompetencji, uprzedzeń i tym podobnych rzeczy, bo to już są wycieczki osobiste, które będę kasować.

Pozdrawiam. :)

Elenoir pisze...

Wydaje mi się, że Lili przytoczyła wystarczająco dużo konkretnych argumentów na poparcie swojej opinii i nie można jej zarzucać, że pisząc recenzję, kierowała się tylko uprzedzeniami.
Zresztą nie trzeba koniecznie skończyć np. polonistyki, żeby potrafić odróżnić dobrą książkę od złej.
Nie rozumiem też, jak można pisać, że czyjaś ocena jest niesprawiedliwa. Recenzje są ze swej natury subiektywne, więc można się z nimi co najwyżej nie zgadzać. Dyskredytowanie nie ma sensu.

marianna pisze...

Droga Lili. To co napisałam to są moje refleksje i spostrzeżenia. Nie zarzucam Ci niekompetencji- sprawdź. Nie przekroczyłam też granicy dobrego smaku ani kultury. Na Twojego bloga trafiłam z odesłania, współprowadzę ogólnopolski miesięcznik dla kobiet i Olszańską zajmuję się zawodowo, obserwujemy to zjawisko jakim jest niewątpliwie. Ja nie piszę bloga ale gdybym pisała to ze świadomością, że to co napiszę może być komentowane i krytykowane. Oczywiście w granicach prawa obyczajowego. Masz potrzebę kreowania opinii musisz liczyć się z kontrą. Tak, nie zgadzam się z Twoją oceną Olszańskiej, piszesz, że czytałaś książkę zachwycona tylko papierem i szelestem- 500 stron. Pogratulować wytrwałości. Piszesz, że postacie w powieści są ledwo zarysowane- a ja uważam, że są napisane po mistrzowsku, choćby brat bohaterki Mojnes. Brałam udział w dyskusji literackiej gdzie zawodowcy dyskutowali właśnie o nim i to pod kątem filmu. Byli zachwyceni, może tak być,że Olszańska sprzedała już prawa do sfilmowania powieści wiem, że były prowadzone takie rozmowy. To nie byli Polacy. Podsumowując, Twoi goście na Twoim blogu są całkowicie zależni od Ciebie. Możesz cenzurować ich wpisy kiedy będą według Ciebie niewygodne, dla Ciebie, ale wtedy będzie nudno. Nie zaniepokoiły Cię wpisy aprobujące to co napisałaś. Jestem ciekawa czy aprobanci czytali Olszańską czy byli mili dla ciebie. Ściskam Cię siostrzanie!

marianna pisze...

Droga Lili. To co napisałam to są moje refleksje i spostrzeżenia. Nie zarzucam Ci niekompetencji- sprawdź. Nie przekroczyłam też granicy dobrego smaku ani kultury. Na Twojego bloga trafiłam z odesłania, współprowadzę ogólnopolski miesięcznik dla kobiet i Olszańską zajmuję się zawodowo, obserwujemy to zjawisko jakim jest niewątpliwie. Ja nie piszę bloga ale gdybym pisała to ze świadomością, że to co napiszę może być komentowane i krytykowane. Oczywiście w granicach prawa obyczajowego. Masz potrzebę kreowania opinii musisz liczyć się z kontrą. Tak, nie zgadzam się z Twoją oceną Olszańskiej, piszesz, że czytałaś książkę zachwycona tylko papierem i szelestem- 500 stron. Pogratulować wytrwałości. Piszesz, że postacie w powieści są ledwo zarysowane- a ja uważam, że są napisane po mistrzowsku, choćby brat bohaterki Mojnes. Brałam udział w dyskusji literackiej gdzie zawodowcy dyskutowali właśnie o nim i to pod kątem filmu. Byli zachwyceni, może tak być,że Olszańska sprzedała już prawa do sfilmowania powieści wiem, że były prowadzone takie rozmowy. To nie byli Polacy. Podsumowując, Twoi goście na Twoim blogu są całkowicie zależni od Ciebie. Możesz cenzurować ich wpisy kiedy będą według Ciebie niewygodne, dla Ciebie, ale wtedy będzie nudno. Nie zaniepokoiły Cię wpisy aprobujące to co napisałaś. Jestem ciekawa czy aprobanci czytali Olszańską czy byli mili dla ciebie. Ściskam Cię siostrzanie!

Lili pisze...

Anhelli - "Pchlego targu" nie czytałam, dlatego też nie będę czynić porównań. ;) Ale poluję na tę książkę w bibliotece, może kiedyś zrecenzuję. :)

Elenoir - też uważam, że nie trzeba kończyć polonistyki, aby móc ocenić książkę. Sądzę, że o jakiś obiektywnych walorach bądź wadach danej pozycji można mówić uśredniając przynajmniej kilka recenzji. Parę osób miało tę książkę w stosikach, ciekawa jestem ich opinii.

Marianno - nie zdarzyło mi się jeszcze kogokolwiek cenzurować. :P Nie rozumiem po prostu Twoich zarzutów - żem uprzedzona i niesprawiedliwa, nie umiem się poznać na czymś co docenili jacyś inni czytelnicy, tak jakby to był mój obowiązek. Wg mnie infantylny styl tej książki (to co Ty nazywasz "baśniowością"), miałkość przesłania i niedostatki fabuły sprawiają, że oceniam ją jako słaba. Ale pisałam to już w recenzji, także moje zdanie znasz.

Ja po prostu nie rozumiem, jak Albatros mógł wydać i reklamować tak słabą książkę. Jedyne wytłumaczenie jakie mi się nasuwa na myśl to chęć złowienia czytelników na "genialną nastoletnią autorkę" - ja się dałam złowić, a teraz przestrzegam innych, by tego nie robili.

Co do moich motywacji - 200 pierwszych stron czytałam mając nadzieję, że reszta będzie lepsza. Potem był okres, kiedy czytałam kilka stron przed snem - doskonały był to usypiacz. :) A potem się zawzięłam, żeby skończyć i móc ocenić. Ot, cała tajemnica.

Anhelli pisze...

Hmmm... jeśli pojawi się na półce mojej biblioteki, pomyślę. Nie mówię z góry nie, czas pokaże ;]

pozdrawiam Mariannę :)

Staralfur pisze...

Gratuluję dokończenia książki. Czasem z tym ciężko ;) Rzeczywiście blog mobilizuje do czytania książek od deski do deski. :)
Pozdrawiam!

Kasia_Figat pisze...

Marianno, Lili ma rację. Książka jest rzeczywiście słabo napisana, fabuła powiela schematy. Dla dzieci, owszem, ale dla dorosłych, wymagających nieco czytelników to, nie chcę nikogo obrażać, ale, niestety, tandeta. Każdy ma oczywiście prawo do wyrażania swojego gustu, ale istnieją czytelnicy bardziej i mniej wysublimowani. Dziwi mnie szczerze, że książka napisana przez dziecko jakąkolwiek miarą może być uważana za dobrą. To jest niemożliwe. Nie w tym wieku, nie z takim doświadczeniem (czyli właściwie bez). Cóż, nie każdy musi się na literaturze znać, bo z czego by się większość współczesnych pisarzy utrzymała?... :)

hildegarda z eS pisze...

No toś teraz przesadziłaś "Kasiu Figat" w temacie książki Olszańskiej i w ogólnoludzkich stwierdzeniach.
Jestem tu gościem, znalazłam się tu odesłana ze strony, którą prowadzi Pani Szwaja, znakomita pisarka, moja ulubiona.
Ja żyję z czytania, staram się żyć- o już lepiej.
Rozumiem, że jestem gościem u Lili, witam cię Lilu, pozdrawiam.
Nie zgadzam się z Twoją oceną "Dziecka gwiazd Atlantydy", nie zgadzam się z Twoją recenzją. Uważam Twoją recenzję za, delikatnie mówiąc, mocno trącącą resentymentem. Tak się skład, że jestem też pryncypałem oceniającym to co inni piszą i to co inni piszą o innych. Sama już od dwudziestu lat nie mam pretensji do pisania. Po przeczytaniu Twojej opinii , stawiam wniosek- Dziecko drogie, powinnaś pisać nie o innych a raczej o sobie, bo tak na prawdę piszesz o sobie. Przeczytaj jeszcze raz to co napisałaś. Ja wiem, to jest twój blog, ale skonstruowałaś kilka zdań, które jeśli pokazujesz publicznie powinny być opatrzone imieniem i nazwiskiem, bo rościsz sobie pretensje do kształtowania poglądów. Ty Lili masz ciśnienie, na wpływanie na oceny innych.
Nie będę powtarzać za Marianną to co napisała, pozdrawiam Mariannę. A odsyłam Cię jeszcze raz do mariannowego tekstu, zwłaszcza do pierwszego zdania.
Natomiast co do "Kasi Figat"- to przekroczyłaś tzw. dobry smak. Obrzucić takimi epitetami, taką książkę jaką napisała Olszańska to normalne, "Kasiu Figat", chamstwo. Chamstwem jest też Twoje stwierdzenie co do dzieci i młodzieży. Na naszym kolegium Twój wpis potraktowany został gwizdami. A gwizdali ludzie, którzy nie za jedną recenzję w kasie za wierszówkę pieniądze brali, a potem tymi pieniędzmi rachunki swoje opłacają. Czyli zawodowcy Cię wygwizdali, zawodowcy.
Bo widzisz "Kasiu Figat" książka Olszańskiej jest skarbem. Za styl, za język, za akcję, za postaci, za opisy przyrody, za przesłanie. I nie zmienisz tego choćbyś się uniosła nad ziemią, ale się nie uniesiesz, bo gaz, którym jesteś wypełniona, to zawiść. A ten gaz nie unosi, on pogrąża. Ty "Kasiu Figat" chcesz znokautować Olszańską, ba, Ty chcesz znokautować jej potencjalnych czytelników.
A nie prościej to "Kasiu Figat" wziąć się i napisać swoją historię? Wydać ją i olśnić, choćby taką Olszańską ?
Ja nigdy bym Ciebie nie zatrudniła, bo ty szkodnik jesteś, Ty zatruwasz rzeczywistość.
Dobrze napisała Marianna o babskich emocjach, ja wprawdzie wolna jestem i byłam, ale wiem jak skonstruowany nasz mózg kobiecy jest. I teraz Ci powiem, że to coś napisała o książce Olszańskiej mogło powstać tylko w mózgu gęsi, i za taką Cię uważam.
To co napisałaś o dzieciach i młodzieży mogło powstać w mózgu gęsi, i za taką Cię uważam.
To co napisałaś o literaturze i pisarzach mogło powstać tylko w mózgu gęsi, i za taką Cię uważam.

Pozwólcie, że zwrócę się do tych, którzy czytają te wypieczyny, a nie czytali książki.
Przeczytajcie sami. Wtedy nikt wam nie będzie mógł zarzucić, że ktoś Wami manipulował.

Lili pisze...

Niestety, powtarza się spamowanie znane już z BiblioNetki. Zostawiam ten post, ku przestrodze. Jeśli jednak moja komentatorka, Kasia_Figat, poczuła się obrażona - daj znać, a post usunę.

No naprawdę, Michalina Olszańska musi mieć wyjątkowo zatwardziałych wrogów, skoro włóczą się oni po necie i w taki niedelikatny sposób robią jej antyreklamę. :/

Elenoir pisze...

Lili, ja się zastanawiam, skąd się tacy ludzie biorą. Czy to, jak przypuszczasz, wrogowie młodej pisarki, czy może ktoś z wyjątkowo nieudolnego działu marketingu wydawnictwa?
Przeglądam sporo blogów o książkach i jeszcze się z czymś takim nie spotkałam.
Myślę, że Michalina Olszańska, powinna, dla swojego własnego dobra, jakoś się od takich tekstów publicznie odżegnać.

Łukasz pisze...

Świetna recenzja. Chciałbym umieć tak recenzować.

Magdalena pisze...

Coraz częściej zauważam takie komentarze jak tu pod wszelkimi negatywnymi opiniami na temat książki Olszańskiej, zarówno na forach, jak i na blogach. Żeby było śmieszniej, wszyscy komentatorzy piszą takim samym stylem i wszyscy upierają się, iż są "poważnymi redaktorami" (spotkałam się już z panią która urajała takie historie na temat swojego życia że i wierzyć się odechciewało). Ta sprawa, szczerze, troche śmierdzi...

Edyta pisze...

Bardzo dobra recenzja, poparta konkretnymi argumentami. Książkę Michaliny przeczytałam do końca, gdzieś od połowy zaczęła mnie wciągać, ale raczej z sentymentu - kiedy miałam 10 lat pisałam podobne powieści.
W "Atlantydzie..." bardzo przeszkadzał mi brak korekty. Dotarła do mnie plotka, że autorka sprzeciwiła się jakiejkolwiek redakcji tekstu.
Nie wątpię, że pisząc nadal w takim tempie i stale ucząc się arkan sztuki słowa, Michalina wyrośnie nam na dobrą pisarkę. Nic jednak nie zastąpi lat doświadczenia i ciężkiej pracy, nawet dziki talent i geniusz.

szczurolapka pisze...

Książka według mnie jest nudna, schematyczna i dość toporna, ale mam nadzieję, że Olszańska się wyrobi, co piszę jako rówieśniczka, która podobne ,,dzieło" w swoim dorobku ma, choć nigdy nie wydane.
Uważam, że młodzi autorzy, tacy jak Michalina, powinni wstrzymać się z wydawaniem książek chyba, że ich opowieść jest wciągająca i po dobrej korekcie. Najlepszym przykładem jest Paoulini. Owszem, debiut wydali mu rodzice, ale po gruntownej pracy nad fabułą i porządnym dopracowaniem stylistycznym treści.

Prześlij komentarz