Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji, ANNA IKEDA

czwartek, 5 grudnia 2013

1 komentarze
Bardzo szybko udało mi się skończyć "Życie jak w Tochigi" Anny Ikedy. Od razu zaznaczę, że jest to kolejna z moich japońskich lektur, czytałam bowiem kilkakrotnie "Japoński wachlarz" Joanny Bator, lubiłam "Bezsenność w Tokio" Bruczkowskiego, czy "Tatami kontra krzesła" Tomańskiego. Tochigie jednak jest inne...

O czym jest?
Książka to zbiór... artykułów? Felietonów? Refleksji? Może zostańmy przy tym ostatnim określeniu - książka ta jest zbiorem refleksji Polki żyjącej wraz z mężem Japończykiem w miejscu gdzie wrony zawracają, a psy szczekają wiadomą częścią ciała. Miejsce jest urokliwe, zabytkowe i przyrodniczo piękne, aczkolwiek komfort życia obniża bez wątpienia fakt, że do najbliższego większego sklepu trzeba jechać 30 km niezbyt wygodną drogą. Autorka najeździ się zresztą po okolicy sporo, bo jako nauczycielka języka angielskiego w szkołach, do których nieraz chodzi po dwadzieścioro uczniów, musi nieźle się nastarać, aby wyrobić godziny nauki. Ale nie tylko w pracy będziemy autorce towarzyszyć. Także podczas zwiedzania, na festynach, u rodziny... Będą to raczej migawki niż kompleksowe obrazy, ale wystarczające, żeby mieć wyobrażenie o tym, jak życie w Tochigi wygląda.

Co o niej sądzę?
Nie wiem, czy książka i zawarte w niej informacje byłyby tak ciekawe, gdyby nie brawurowy styl autorki, który mnie akurat przykuł od pierwszych stron i nie puścił, póki nie skończyłam. Zabawnie, z pazurkiem, ciekawie, trochę złośliwie, trochę czule. Styl i przemyślenia pani Ikedy spinają tematy, które bez tego zrobiłyby prawdopodobnie wrażenie zbyt przypadkowych: historia, mity, zwyczaje, wypadki samochodowe, savoire-vivre itd, itp. Zresztą, autorka na początku czyni zastrzeżenie, że napisała wszystko z bardzo subiektywnego, własnego punktu widzenia i nie zamierza się z tego nikomu tłumaczyć.

Ciekawe były dla mnie zwłaszcza dwie rzeczy. Pierwsza to fakt, że autorka nie waha się krytykować tego, co jej się w jej przybranej ojczyźnie nie podoba. Czasem wręcz naigruje się z tego czy owego. Czy to źle? Moim zdaniem nie, bo świadczy tylko o tym, że wrosła już w tamtejsze środowisko, zapuściła korzenie i nie czuje się obco. Druga rzecz to humor: słowny i sytuacyjny. Finał historii ze wspinaczką na świętą górę, choć lekko dramatyczny, został ujęty takimi słowami, że nie mogłam się nie śmiać. A sytuacja, w której autorka została pastorem i udzielała ślubu wywołała we mnie głośny wybuch śmiechu. (Bardzo bym chciała napisać o co chodzi, ale to zepsuje wam zabawę.)

Dla kogo?
Moim zdaniem to jest bardzo miły i ciekawy przerywnik od ciężkich i długich lektur. Czyta się tę książkę bardzo szybko (czyta, albo ogląda fotografie autorki zamieszczone na niektórych stronach). Plusem jest także świeżość tematu, bo o ile "japońskich" książek mamy na rynku kilka, rzadko któraś z nich wspomina o prowincji w Kraju Kwitnącej Wiśni. Dla japonofilów pozycje obowiązkowa.

Ocena:
8/10

Fionavarski Gobelin, Guy Gavriel Kay

niedziela, 1 grudnia 2013

1 komentarze
Książka z gatunku fantasy, klasyka gatunku, ciężka cegła zawierająca ponad 1300 stron, omnibus mieszczący trzy powieści. Czytałam, czytałam i przeczytałam. Oto moje refleksje: :)

O czym jest?
Pięcioro kanadyjskich studentów zostaje przetransportowanych do Fionavaru - magicznego świata, będącego "pierwszym ze wszystkich światów Tkacza". W rzeczonej krainie każde z nich dostanie misję do wypełnienia, w ostatecznym rozrachunku to od nich w dużej mierze będzie zależało być albo nie być Fionavaru i innych światów.

Co o niej sądzę?
Teraz tak. Dlaczego akurat ta piątka a nie inna, tego się do końca nie dowiedziałam, co szczerze mówiąc trochę zaczęło mnie frustrować. Dlaczego akurat Fionavar jest tak ważny i wydarzenia w nim rozegrane rzutują na inne światy - tego też nie wiem. Oddzielną refleksję poświęciłam pytaniu dlaczego - skoro fionavarczycy znali nasz świat i mogli się w nim pojawiać - nie przenieśli do swojego choćby zdobyczy technicznych, o kulturze, nauce i medycynie nie wspomnę. Wiele było w tej książce takich arbitralnych rozwiązań, których nijak nie potrafiłam zrozumieć, a zasada "tak, bo tak" przestała mi jako czytelniczce wystarczać z piętnaście lat temu.

Geneza opowieści nie powaliła mnie na kolana, a potem było jeszcze dziwniej. Niektórzy bohaterowie przypadkowo okazali się być wcieleniami różnych ludzi, na scenie pojawili się wygnani książęta, egzotyczne księżniczki, koczownicze waleczne plemiona, dzikie puszcze z magicznym tałatajstwem... róg obfitości pełen. Fabuła została rozciągnięta do granic możliwości, aby pomieścić jak najwięcej mitologicznych i fantastycznych toposów, a autor poświęcił wiele wysiłku na splecenie tego razem. Tutaj zastrzeżenie: uwielbiam Kayowskie "Ostatnie promienie słońca", bardzo podobała mi się także "Tigana". Wiem że "Gobelin" to wcześniejsza książka autora i już tutaj widziałam cechę, którą doceniłam w jego późniejszych powieściach: gruntowne przemyślenie fabuły. U Kaya nie ma zazwyczaj zbędnych wątków i postaci, nawet te z pozoru oderwane od głównego nurtu wydarzeń scenki przydają się, by spuentować opowiadaną historię. Jednakże moim zdaniem w "Gobelinie" wszystkiego było za dużo i za szybko, naćkane przeokropnie. Pod koniec miałam wrażenie, że kilka scen powstało tylko po to, by autor miał co zrobić z powołanymi wcześniej do życia postaciami.

Na wzmiankę zasługuje również styl autora, do którego na początku nie mogłam się przyzwyczaić, a i pod koniec, mimo 1300 stron za sobą, nie bardzo polubiłam. Pompatyczny taki. Epicki i sztuczny - niestety. Co dziwne, książki nie czytało się źle, wciągała w swój świat i tylko przy niektórych opisach człowiek wydawał z siebie lekko zażenowany chichot. 

Podsumowując - nie jest to książka, która uderzy was realizmem i wciągnie jak bagno. Wydarzenia dzieją się szybko, ale głównie dlatego, że autor nie poświęca ich opisowi zbyt wiele miejsca. ;) Konnica będzie śmigać po całym kontynencie bez wytchnienia, ludzie będą się teleportować w dogodnych momentach, komuś przyśni się coś, co akurat uratuje sytuację... te sprawy. Z drugiej strony, miała ta powieść swój urok, jakiś taki własny rytm, który sprawiał, że ją czytałam. I czytałam. I czytałam... ;)

Dla kogo?
Dla kogoś poszukującego niezobowiązującej lektury na jesienne wieczory. Autor tej książki jest dobrym pisarzem, tylko podczas tworzenia jej jeszcze o tym nie wiedział. Ale wy podczas lektury to wyczujecie. :)

Ocena:
6/10

Zgorzkniała pizda, Maria Sveland

czwartek, 31 października 2013

0 komentarze
Tytuł iście sensacyjny. A zawartość?

O czym jest?
Główna bohaterka książki, Sara, mieszka w Sztokholmie, ma męża, dwuletnie dziecko i pracę dziennikarki. Przy tym czuje się zgorzkniała. Jak zgorzkniała stara baba. Jak zgorzkniała... (odsyłam do tytułu). Książka opowiada o jej życiu - dzieciństwie spędzonym w dysfunkcyjnej rodzinie, czasem studiów, pierwszej pracy, pierwszych doświadczeń związanych z macierzyństwem. Wszystko ukazane jest w retrospekcjach, ale w taki sposób, że czytelnik się nie gubi, wręcz przeciwnie. Jeden kawałeczek historii pasuje dobrze do kolejnego, mimo że chronologicznie są całkiem pomieszane. Klamrą spinającą wątki jest plan teraźniejszy - bohaterka udaje się na tygodniowy urlop na Teneryfę, bo ma dość świata, zimy, ludzi, wszystkiego. Na końcu powieści wraca - czy odmieniona?

Co o niej sądzę?
Powiem tak. Nie wiem co o "Zgorzkniałej piździe" sądzić. Nie będę owijać w bawełnę - książka miała być i jest feministyczną protest-powieścią. O tym jak trudno o równouprawnienie w dzisiejszym świecie, nawet w tak równościowym kraju, jakim jest Szwecja. O męskim egoizmie i kobiecej skłonności do poświęceń. O małżeństwie i macierzyństwie, w których kobieta albo się odnajduje i jest w miarę szczęśliwa, albo się nie odnajduje i zazwyczaj pozostaje nieszczęśliwa po kres swych dni, jako że kultura jej ewentualnego nieszczęścia w ogóle nie bierze pod uwagę.

Ja osobiście bardzo z feministyczną ideą równouprawnienia i równego traktowania kobiet i mężczyzn się utożsamiam, to taki konik mój nawet. Czytając tę książkę czasem kiwałam głową w zrozumienia, ale znacznie częściej nie mogłam powstrzymać się od facepalmu. Okrzyki "laska, ogarnij się!" tudzież "ale masz problem, kobieto", nie raz prawie wyrwałyby mi się z gardła. Bohaterka wydawała mi się często głupia i bezwolna, a do tego borykająca się z pewnymi nieprzepracowanymi problemami psychicznymi. Jej ocenę rodu męskiego bardziej utożsamiam z JEJ charakterem, a nie z facetami jako takimi. 

Trochę denerwowało mnie również jej bardzo roszczeniowe podejście do systemu (chyba mogę napisać nawet: Systemu) i pogląd na równouprawnienie, które ja nazywam równouprawnieniem au rebours. Co do pierwszego punktu - bohaterka ma na przykład pretensje o to, że nikt nie poinformował jej o możliwości karmienia dziecka mlekiem zastępczym, zamiast karmienia piersią. Pisze o kulcie karmienia piersią, którego padła ofiarą, bowiem z powodu zatorów i infekcji na długo wylądowała w szpitalu. 

Więc ja pytam się - a Internetów to nie ma, żeby się samemu doinformować? 

Albo ma pretensje do męża z powodu jego pracy: niedługo po urodzeniu dziecka, nie było go przez dziesięć tygodniu w domu, przyjeżdżał tylko na weekendy. Niemożliwość przerwania pracy argumentował tym, że kontrakt był już dawno ustalony.

Więc ja się zastanawiam - a to nie było tych dziewięciu miesięcy ciąży, może nawet jakiegoś planowania wcześniejszego, żeby takie rzeczy obgadać? Ustalić? 

Sara robi to, czego u ludzi nie cierpię (a to przypadłość zarówno mężczyzn, jak i kobiet) - najpierw się zgadza, udając, że jest ok, a potem ma cichą pretensję. Gdy pretensja urośnie do rozmiarów niebotycznych, wybucha, zalewając niczego niespodziewającego się partnera potokiem żalów.

Wnioski dotyczące równouprawnienia w związku (bo równość tę oficjalną, państwową, kobiety w Szwecji w jakimś stopniu wywalczyły, choć też nie całkowicie) Sara ma również nie przemawiające do mnie w żaden sposób. A mianowicie: skoro mężczyźni to egoiści, to my też bądźmy! Skoro oni nie mają poczucia winy, to my też nie miejmy! Szczerze mówiąc, wolę być nie-egoistką w związku z nie-egoistą, inna opcja wydaje mi się potwornie nieludzka, zimna i taka... brrr.

I tu pewna puenta. Mam wrażenie, że zamiast książki o różnicach damsko-męskich, przeczytałam książkę o różnicach kulturowych między Polską a Szwecją. Pewne rzeczy oczywiste dla Szwedek (np. długie urlopy ojcowskie) są egzotyczne dla Polek, pewne szwedzkie zachowania (milczenie o swoich potrzebach, nacisk na jednomyślność) są w Polsce zdecydowanie rzadziej spotykane. Stąd być może moje niezrozumienie dla głównej bohaterki. Cieszę się jednak bardzo, że tę książkę przeczytałam, jest ona na pewno ciekawym głosem w dyskusji bliskiej memu sercu.

Dla kogo?
Dla osób zainteresowanych społeczeństwem szwedzkim, feministek i anty-feministek (tak tak), dla każdego, kto nie wstydzi się w tramwaju wyciągnąć książkę zatytułowaną w ten sposób. ;)

Ocena:
6/10

Jutro przypłynie królowa, MACIEJ WASIELEWSKI

wtorek, 2 lipca 2013

0 komentarze
Niedawno czytałam i zastanawiałam się nad "Władcą Much" Williama Goldinga. Nie wiedziałam wtedy, że już wkrótce przeczytam książkę bardzo podobną w przesłaniu, ale będącą, niestety, reportażem.

O czym jest?
Książka to typowy reportaż rozpisany na 150 stron. Poznajemy jej bohaterów powoli, z małych scen, wspomnień, dialogów. O kim pisze autor? O kilkudziesięciu osobach stanowiących całą populację wyspy Pitcairn na Oceanie Spokojnym, gdzie nie wyląduje żaden samolot, a do jakiejkolwiek cywilizacji jest dobre dwa dni żeglugi. Wyspiarze są potomkami osiemnastowiecznych buntowników z Bounty, którzy wylądowali tu z kilkunastoma pojmanymi Thaitańczykami i zaludnili ten skrawek tropikalnego lądu o wielkości nie większej niż 4 km2. 

Mała powierzchnia, dżungla, więzienie bez drzwi i klamek. Wspólnota ludzi, którzy muszą nie tylko z sobą na co dzień żyć, ale także działać razem i pomagać sobie nawzajem, bo tylko to jest gwarancją przeżycia. Jeden człowiek, sam, nie wyżywi się ze swojego poletka, nie naprawi domu po wichurze, nie położy drogi, nie nałowi ryb, nie nazbiera owoców, nie zbuduje łodzi. Kto ma najsilniejsze ręce do pracy, twardy charakter, zdolności przywódcze - ten zostaje liderem wyspy.

Piękna utopia? Harmonijna komuna, klimat jak z "Niebiańskiej plaży"? Nic z tego. Ta wyspa to piekło na ziemi. Zło, które objawiło się w kilku ludziach rozlało się na innych, krzywdząc, wypalając, poniewierając. Zło dziedziczone, przekazywane z ojca na syna, zło odradzające się. Kiedy zło próbowali ukrócić Brytyjczycy, których jurysdykcji podlega wyspa Pitcairn, okazało się, że prawo stworzone dla wielomilionowej społeczności nie znajduje zastosowania w społeczności kilkudziesięcioosobowej. Proces sądowy podzielił mieszkańców, rozbił w pył kruchą równowagę. O tym wszystkim opowiada autor, któremu udało się spędzić na wyspie kilka (kilkanaście?) dni. 

Co o niej sądzę?
Warto tę książkę przeczytać, ponieważ porusza ona temat "w głowie się nie mieszczący". Skłania do myślenia, do szukania odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dlaczego zło mogło rozkwitnąć tak bujnie wśród tych ludzi? Czy to skutek takiej, a nie innej, niefortunnej mieszanki genów? Chorób umysłowych? Mikrokultury zapoczątkowanej przez okrutnych marynarzy z Bounty? A może, może po prostu tacy jesteśmy? Taka jest natura ludzka, która - jeśli wyzwolona spod jarzma nakazów i zakazów - godzi się na każdą odstręczającą podłość?

Granica między dobrem a złem, wcześniej nieprzekraczalna, zostaje przekroczona. Przeobraża się ludzka natura. Człowiek odkrywa w sobie ciemną stronę. Zmiany zachodzą szybko. Obserwujesz nową rzeczywistość w zadziwieniu, w bierności. Wydaje ci się że jesteś bezradny, że możesz to jedynie zaakceptować. Tracisz poprzednią tożsamość. To pokazuje, jak względne jest to, co nazywamy ucywilizowaniem, i jak łatwo możemy stracić człowieczeństwo.

Książka bez wątpienia skłania do przemyśleń i dyskusji. Dla mnie nie jest tylko opowieścią o grupie oprawców i ich ofiar, choć oczywiście nie można jej sprowadzać do alegorii - w końcu mówimy o żywych ludziach, o ich prawdziwych doświadczeniach. Ale pełno w tej książce obrazów uniwersalnych, które sprawiają, że poszukiwania i "śledztwo" autora nie jest żadną miarą pogonią za tanią sensacją. Każde zdanie jest tu ważne, każda informacja rzuca światło na konkretne miejsce w skomplikowanej układance relacji i zależności panujących na wyspie. Powoli odsłania się przed nami sprawa bardzo skomplikowana, wielowymiarowa i tak naprawdę tragiczna. Królowa, symbol nadziei na zmiany, nie przypłynie.

Dla kogo?
Myślę, że tą książką będzie zainteresowany każdy, komu obce jest bezrefleksyjne podejście do rzeczywistości. Kto chciałby poszukać odpowiedzi, spróbować więcej zrozumieć. Jestem bardzo ciekawa, czy książka zostanie przełożona na angielski i czy będą się mogli z nią zapoznać Brytyjczycy, i sami Pitcairnańczycy - ich historia nie jest w końcu jeszcze zamknięta.

Ocena:
10/10

Ps. Wywiad z autorem znajdziecie tutaj.

Korona śniegu i krwi, ELŻBIETA CHEREZIŃSKA

niedziela, 30 czerwca 2013

3 komentarze
O Elżbiecie Cherezińskiej pisało się dużo i dobrze. Wziąwszy pod uwagę wszystkie pochlebne recenzje, zakupiłam na tegorocznym Pyrkonie jej "Koronę śniegu i krwi" i oddałam się lekturze...



O czym jest?
O Piastach, a mianowicie o tej części historii piastowskiej dynastii, w której z chaosu powstaje ład, z rozbicia - jedność, ze słabości - siła. Czyli jednym słowem o tym jak Przemysłowi II udało się zjednoczyć część ziem polskich i koronować się na króla. Przemysła poznajemy jako szesnastoletniego młodzika i towarzyszymy mu aż do śmierci. W międzyczasie przez karty książki Cherezińskiej przewijają się tabuny postaci - tych historycznych i nie. Trzy żony przyszłego króla, jego przyjaciele, sprzymierzeńcy i wrogowie, poganki i biskupi, Władysław Łokietek i święta Kinga. 

Autorka musiała z ogromnego worka zdarzeń i postaci wybrać jedne i odrzucić drugie. Należało także pogrupować je na znaczące i tylko dodające kolorytu, a także, zwłaszcza w odniesieniu do postaci, na te dobre i złe. Z szaleńczą brawurą zinterpretowała pewne zdarzenia i historyczne ciekawostki, nadając im kształt fabuły. Życie nie poddaje się prawom opowieści tak łatwo, jak zdają się to sugerować książki i filmy - zdarzenia po prostu się dzieją i często są konsekwencjami tylu drobnych i nieważnych mikroprzyczyn, że żaden autor nie byłby w stanie ich prześledzić i przedstawić. Cherezińska próbuje.

Co o niej sądzę?
To, co napisałam wyżej o prawach opowieści z dużą siłą nadaje kształt tej książce. Nie jest to świat i fabuła wymyślona przez autora od początku do końca, czysta, bez zwisających luźno zdarzeń i bohaterów. Przyrównałabym tę powieść do wielkiego gotyckiego obrazu, na którym wiele rzeczy dzieje się w tym samym czasie, dziesiątki postaci wykonuje różne czynności, gdzie artysta zmieścił statki i katedry, lasy, miasto i morze, Golgotę, piekło i wyobrażenie nieba równocześnie - ale patrzący nie ma wrażenia chaosu. Śledzimy losy Przemysła i jeszcze kilku bohaterów, towarzyszących nam przez całą książkę, ale napotykamy również inne postacie, które gdzieś po drodze giną, stają się nieważne, milkną po prostu. Mnie szczerze mówiąc nie do końca się to podobało, nie miałam jednak pomysłu na to, jak inaczej można byłoby to zrobić. 

Styl autorki także jest dość specyficzny, zwłaszcza widać to w dialogach i przedstawianiu myśli bohaterów. Nie miałam wrażenia ani akuratności historycznej ani szczególnej głębi psychologicznej. Tak jakby autorka utknęła pomiędzy próbą uwspółcześnienia i przybliżenia czytelnikowi swoich postaci a chęcią zaprezentowania "jak to drzewiej bywało". Styl jest bardzo prosty, powiedziałabym nawet, że młodzieżowy. Czytało się to bardzo dobrze i szybko, acz nie bez uczucia pewnego niedosytu. 

Jako miłośniczka fantastyki z uśmiechem powitałam wszelkie nadprzyrodzone elementy wplecione w fabułę, szkoda jedynie, że tylko przemknęły one po kartach książki, a ich obecność nie była, według mnie, dostatecznie umotywowana. Taki mały ozdobnik. Natomiast ważniejsze wydarzenia historyczny i grupy interesów chcących rządzić w poszczególnych księstwach zostały moim zdaniem przedstawione przyzwoicie, na tyle, że czytelnikowi zaczyna układać się w głowie obraz polityki tamtych czasów. Ja, laik historyczny, po zakończeniu książki zaczęłam szukać w internecie informacji na temat dalszych losów bohaterów i krain, witając imiona książąt i królów jak starych znajomych.

Dla kogo?
Dla osób lubiących czytać książki z jednej lub więcej wymienionych kategorii: historyczne, fantastyczne, przygodowe, młodzieżowe. W moim odczuciu nie jest to cud miód i orzeszki, coś co wciąga w swój świat jak w bagno, ale na pewno przyjemna, ciekawa i pouczająca lektura.

Ocena:
8/10

Szmaragdowa tablica, Carla Montero

czwartek, 27 czerwca 2013

2 komentarze
Książkę Carli Montero musiałam przeczytać w tempie ekspresowym. Nie miałam czasu na odpoczynek od niej i stąd może moje nienajlepsze wrażenia. Plus, niestety, bardzo rozczarowujące zakończenie.


O czym jest?
Ostatnie zdanie blurba: 
"Szmaragdowa tablica" to nie tylko napisana z rozmachem historia o poszukiwaniu zagadkowego dzieła sztuki, ale i niezwykła opowieść o zakazanej miłości, która zdarzyła się wbrew wszelkim przeciwnościom.

O to to to. Nie dajcie się oszukać. Co prawda obiecuje się wam dwie płaszczyzny czasowe, Anę z Madrytu, która prowadzi żmudne śledztwo historyczne i Sarę Żydówkę z okupowanego Paryża, będącą w posiadaniu klucza do zagadki. To tylko pretekst, serio. Ana, niczym Brownowscy bohaterowie, ze swoim side-kickem u boku miota się po połowie Europy ścigana przez tajne i mega-mroczne stowarzyszenie. Sarah głoduje, bierze udział w działaniach ruchu oporu, próbuje przeżyć. Jednak cel obu bohaterek, cel narracyjny i fabularny, jest inny: znaleźć prawdziwą miłość. Uh, zawiodłam się!

Co o niej sądzę?
Książkę dobrze się czyta, inaczej niż przekłady z angielskiego. Różnica w języku jest bardzo subtelna, być może składa się na nią przede wszystkim styl autorki, dla mnie jednak wyczuwalna. Nie mamy do czynienia z dziełem ambitnym, które szuka odpowiedzi na pytania zadawane przez historię, o dramat drugiej wojny światowej, o szaleństwo tyranii, o bezinteresowną nienawiść. Nie, nie. Przedstawia nam się pop-historię o pop-Żydach i pop-nazistach. Pop-członkowie francuskiej Résistance planują akcje rodem z gier komputerowych, a romansowa miłość kwitnie pomimo tak drobnego szczegółu jak ten, że ukochany bohaterki wywołał ciąg zdarzeń zakończonych zagładą jej rodziny. Wywołał, choć nie chciał, aby się to tak skończyło, miał wyrzuty sumienia; w oczach zakochanej dziewczyny jest więc najwyraźniej usprawiedliwiony.

Hiszpańska pisarka zdaje się nie mieć pojęcia o czym pisze, malując obrazy z okupowanego Paryża. To mnie trochę przeraża, bo biorąc pod uwagę sukces książki, wielu ludziom wcale to nie przeszkadza. Kupują tę wizję. Owszem, nie jest ona wcale cukierkowo różowa, bo naziści (rzadko, nawet przez bohaterów, nazywani Niemcami, co mnie trochę dziwiło, zważywszy na fakt, iż podczas wojny to właśnie narodowe, a nie polityczne antagonizmy odgrywały największą rolę) torturują i zabijają. Czy mam pretensję o to, że torturują i zabijają za mało? Że powinni być bardziej okrutni i odpychający? Samej trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nie podoba mi się jednak to, że połowa kłopotów Sary podczas wojny to dylemat pt.: którego mężczyznę wybrać. Pracę znalazła od razu, w księgarni, przyjaciele także natychmiast się wokół niej zakrzątnęli, gdy potrzebowała mieszkania, znalazło się i ono - niewielkie, tylko czterdzieści metrów, ale na jej potrzeby zupełnie wystarczające. (Błagam...)

Wątek współczesny jest niestety jeszcze bardziej przewidywalny. Wiadomo kto okaże się zły, a kto dobry, i czyi tajemniczy krewni "uratują dzień". Największym rozczarowaniem było dla mnie zakończenie. W końcu Ana poszukiwała obrazu, który miał zawierać niesamowite sekrety, wręcz dawać władzę nad światem. Czy, spiesznie przerzuciwszy setki stronic, dowiadujemy się o jaką tajemnicę chodziło? Czego strzeżono tak pilnie i dla czego umierano tak chętnie? Nie dowiadujemy się. Ani słóweczka, ani odrobinki, nic a nic. Pozostajemy w stanie wielkiego "ale jak to?", dostając na pocieszenie dwie szczęśliwie zakończone historie miłosne.

Dla kogo?
Dla kogoś, kto ma ochotę na pop-literaturę w historycznym entourage'u, na miłość wielką, choć niewyobrażalną i na zagadki, które nie znajdują rozwiązania.
Ocena:
5/10

Zagadka Dickensa, MATTHEW PEARL

niedziela, 23 stycznia 2011

8 komentarze
Historyczny thriller? Literacki kryminał?

O czym jest?
Pan James Osgood jest młodym bostońskim wydawcą, który opiekował się Charlesem Dickensem, kiedy ten dokonywał swego ostatniego, jak się później okazało, objazdu po Stanach Zjednoczonych. Wielki angielski pisarz umiera w 1870 r., nie dokończywszy swojej najnowszej powieści, kryminału pt. Tajemnica Edwarda Drooda. Pan Osgood, razem ze swoją asystentką Rebecką, wyrusza do Starego Świata, by zbadać, czy Dickens nie zostawił przypadkiem jakiś wskazówek co do zakończenia książki. Ich poczynania sabotować będzie pewna osoba, żywo zainteresowana pogrzebaniem Tajemnicy po wsze czasy.

Co o niej sądzę?
Jest to drugie już moje spotkanie z Mattew Pearlem, po Klubie Dantego, którego czytałam dość dawno temu. Z tego co pamiętam, Dante podobał mi się bardziej, a raczej wywarł na mnie większe wrażenie. Z Zagadką Dickensa jest ten problem, że chociaż czytało mi się ją bardzo miło, to po kilku tygodniach trudno mi sobie cokolwiek z niej przypomnieć. To znaczy, oczywiście, szczegóły intrygi wracają, kiedy się dłużej nad tym zastanowię, ale nie pamiętam jakiś szczególnych uczuć, które by mnie podczas czytania ogarniały. Ot, wciągająca książka i nic więcej.

Na pewno należy docenić wiedzę autora i drobiazgowość w odwzorowaniu zarówno amerykańskiej, jak i angielskiej rzeczywistości. Akcja książki zaczyna się co prawda już po śmierci Dickensa, ale dzięki (przy)długim retrospekcjom, poznajemy dobrze pisarza, z jego zwyczajami i poglądami. Fabuła podzielona jest na trzy wątki - pierwszy to James Osgood i jego walka z nieuchwytnym przeciwnikiem o - z braku lepszego wyrażenia - prawdę literacką. Drugi to próba schwytania przemytników opium, jakiej podejmuje się syn Dickensa, służący w Indiach. Trzeci to wspomniane retrospekcje, pisane z punktu widzenia ochroniarza Dickensa, które pod koniec książki zazębiają się z pierwszym wątkiem i stanowią podstawę do wyjaśnienia zagadki.

Indyjski wątek był moim zdaniem zupełnie niepotrzebny, choć być może oddawał w jakimś stopniu prawdę o tamtych czasach, kiedy to surowo karano przemytników opium, bo tylko Korona Brytyjska miała prawo do eksportu tego narkotyku. Główny wątek zaczyna się robić ciekawy pod koniec, gdy nad bohaterami zawisa prawdziwe niebezpieczeństwo. Przez pół książki jednakże miałam wrażenie zupełnego braku napięcia. Faktem bowiem jest, że Dickens zaczął pisać Tajemnicę Edwarda Drooda i faktem jest, że zakończenia do tej pory nie poznano. Z tej perspektywy wysiłki bostońskiego wydawcy wydają się z góry skazane na niepowodzenie, a skoro tak - to po co o nich czytać? Moja cierpliwość została jednak nagrodzona, bo pod koniec wiele rzeczy się wyjaśnia, a i nieobecność zakończenia Tajemnicy dość udatnie autor wykoncypował.

Mnie się ta książka podobała również ze względu na moje upodobanie do dziewiętnastowiecznego dekorum. Autor zgrabnie opisał ówczesną rzeczywistość, nie stroniąc od pokazywania londyńskich zaułków i palarni opium, ale nie epatując tym nadmiernie, jak to już w niejednej współczesnej książce o tamtych czasach widywałam. Składamy wizytę w rezydencji Dickensa i uczestniczymy w aukcji jego rzeczy (swoją drogą przypomniała mi się obawa pani Ash z Opętania, aby z jej mężem nie było jak z Dickensem, którego rzeczy zostały rozdrapane nad świeżą jeszcze trumną - Pearl to doskonale pokazał). Poznajemy też rzeczywistość spotkań autorskich z Dickensem a Ameryce, które jako żywo przypominały dzisiejszą walkę o bilety na koncert jakiejś megagwiazdy.

Dla kogo?
Dla moli książkowych, które mają ochotę na trochę emocji, ale bez przesady. Dla miłośników Dickensa i literatury w ogóle, którzy lubią książki o książkach. No i oczywiście dla fanów dziewiętnastego wieku. :)

Ocena:
7/10

Life on Mars, czyli czasy się zmieniają (i dobrze!)

niedziela, 9 stycznia 2011

8 komentarze
Cudownego Sylwestra przypłaciłam ostrym przeziębieniem (anginą? grypą? nie wiem - choruję już od tygodnia, a numerek do lekarza mam na jutro...), co przez długi czas zniechęcało mnie do zabrania się za zaległe recenzje. Dzisiaj też nie będzie o książkach, mój mózg nie jest chyba na to jeszcze gotowy. Będzie za to o czymś lżejszym, serialu mianowicie. ;)


Life on Mars wyczaiłam na blogu ninedin i od razu pochłonęłam obie serie. Historia daleka jest od wszelkiej maści alienów i podróży na inne planety. Tytułowy Mars to bowiem... lata 70. zeszłego wieku, miasto Manchester w pięknej, nieznającej jeszcze najazdu Polaków Anglii.

Główny bohater, Sam Tyler, jest odnoszącym sukcesy policjantem. Jeździ Jeepem, ma mieszkanie w lofcie, wierzy w społeczną misję policji i stosuje najnowocześniejsze metody łapania przestępców. Do czasu, aż ktoś potrąca go na ulicy, a nasz bohater przenosi się 33 lata wstecz, do 1973 roku. Sam jest przekonany, że znajduje się w śpiączce, a otaczająca go rzeczywistość, łącznie z nowo poznanymi kolegami-policjantami to tylko wytwór jego uszkodzonego mózgu. Jakkolwiek by było, świat a.d. 1973 szokuje go, miejscami zniesmacza, a miejscami wnerwia. Przednia zabawa w każdym razie zapewniona. ;)

Jeśli chodzi o moje odczucia, to jak chyba wszyscy widzowie, zapałałam natychmiastową miłością do przełożonego Sama, DCI Gene Hunta. Alkoholik, megaloman, brutal z poczuciem misji, jest chyba absolutną odwrotnością głównego bohatera, przez co od razu nawiązuje się między nimi specyficzna relacja. Podobała mi się także obecność wszelkich smaczków obyczajowych - te wszechobecne papierosy (idea smoke-free to w tamtych czasach istne science fiction), niewybredne seksistowskie i rasistowskie żarty (macanko podwładnych na porządku dziennym), lekceważenie dowodów i świadków.

Główny bohater wielokrotnie nie może się powstrzymać od jakiś nawiązań do XXI wieku. Mnie rozbroiła scena, w której Sam musi na szybko wymyślić sobie fałszywe nazwisko i podaje - Tony Blair :D a potem wszyscy się z kamiennymi twarzami tak do niego zwracają. Udała się na pewno obsada - zarówno Sam jak i Gene, ale także główna postać kobieca - Annie, która i ma czym oddychać i na czym usiąść, i nie przypomina tych wszechobecnych amerykańskich serialowych laleczek.

Moim zdaniem to, co się nie udało, to zakończenie. Jakże byłam rozczarowana po tych piętnastu odcinkach obejrzeniem szesnastego! Jestem chyba odosobniona w swoim mniemaniu, ale wszystko zostało tam schrzanione - i zachowanie Sama, niepasujące do reszty opowieści i wytłumaczenie jego przenosin w czasie. Czasem mi się wydaje, że autorom scenariuszy serialowych więcej wolno niż autorom książek, bo jakąkolwiek by głupotę nie wymyślili, jakoś uda się ją uprawdopodobnić. Lektura wymaga więcej uwagi od czytelnika, ale także, odpowiednio, więcej refleksji autora. Pocieszam się faktem, że amerykańskie zakończenie (tak tak, amerykanie zrobili swoją wersję serialu) jest tak durne i odjechane (dosłownie) w kosmos, że brytyjskie przy nim całkiem potrafi się wybronić. Wciąż jednak smutno mi z powodu ogólnego przesłania, że lepiej uciekać od rzeczywistości niż się z nią zmierzyć.

Jak już pisałam, większości ludzi zakończenie się podobało, więc nie odbierajcie sobie przyjemności zaznajomienia się z tym serialem z powodu moich narzekań na ostatni odcinek. Można go jakoś przecierpieć, zważywszy na poprzednie piętnaście. ;)

Przypuszczam, że wątpie czyli WIECH

poniedziałek, 27 grudnia 2010

3 komentarze
Stanisław "Wiech" Wiechecki pewnie nie przypuszczał, że jego imieniem zostanie nazwany pasaż w samym centrum "naszej kochanej Warszawy", jak często pisał o stolicy. Gdy zaczynał dopiero karierę literacką, ani mu w głowie nie postało, że wiechem nazywać będą specyficzną gwarę warszawską, którą uwieczniał w swoich felietonach. Natknęłam się dziś w domowej biblioteczce na ich zbiór, pt. Wisła się pali, wydany w 1967 r., i spędziłam przy nim wielce udatne popołudnie. Ten język, ten humor!

Tego się nie da opisać. To trzeba przeczytać. Moi drodzy zapraszam na spotkanie z Wiechem.


RYSOPISY NA ROGACH

– Gdzie leciem?
– Zaraz, czekaj pan... nie mogie sobie przypomnieć... ulica Rabinadra... Rabinata...
– Rabina Tagore? Górny Mokotów?
– Właśnie. Zgadłeś pan, tak jest. Patrz pan, dwa lata mieszkam i nie mogie spamiętać. Rabina Tagore, szesnaście. A nie wiesz pan czasem, co to za rabin, że ulice mu dali?
– Co mam nie wiedzieć. Cadyk cudotwórca z Góry Kalwarii. Uczony człowiek i zamożny. Loterie na szpigiel trzymał. Przed wojną ma sie rozumieć. To jak jechał z organistą na grójeckie kolejkie, dziesięć dwanaście taksówek za namy zapychało religijnych współwyznawców. Mniej jak piątaka za kurs nie dawał i zaraz mogłeś pan te piątkie, za dwie dychy odpalić i jeszcze sie o nią bili.
– Pan, jako stary warszawiak, możesz to pamiętać, ale kto niedawno zamieszkuje, ciemny jak tabaka w rogu, nie orientuje się w tych nazwiskach. Gdzieś to powinno być objaśnione.
– Faktycznie, że powinno, bo często-gięsto pasażer z prowincji sie pyta, dlaczego ta dana ulica tak sie nazywa, co to za jeden był ten facet. Jest na przykład na Służewcu ulica Wężyka. Owszem, na rogu Orgodowej i Przyokopowej prowadził Wężyk do samej wojny knajpe III kategorii na miejscu i na wynos. Interes znany w całej Warszawie – sławny człowiek. Ale czy o niego sie rozchodzi, nie wiadomo, bo o wiele tak, ulica powinna sie znajdować w okolicy Kiercelaka. Co robi Wężyk na Służewcu – sprawa zagadkowa. Gdzie tu logika? Albo na Sadybie egzystuje ulica Rumiana, a w „Podwieczorku przy mikrofonie” bierze wciąż udział artysta pod nazwiskiem Andrzej Rumian, bądź pan mądry, czy to wszak o niego sie rozchodzi. Czytałem pare dni temu nazad, że tak dalej być nie może, że Rada Narodowa ma nam umieścić na każdym rogu takiej dwuznacznej ulicy tabliczkie z detalicznem rysopisem każdego historycznego faceta. Data urodzenia, imiona rodziców, stan cywilny, zawód, miejsce pracy, znaki szczególne i temuż podobnież. Ale to sie wałkuje już ładne pare lat i przypuszczam, że wątpie, czy kiedy wejdzie w użycie.
– A ja myśle, że chyba nareszcie tak, bo koszta nie takie wysokie, a oświata będzie sie szerzyć na każdym rogu.
– Na razie mamy jeszcze innych wydatków do cholery i troszkie.
– Ale to tyż ważne, po mojemu każda jedna ulica powinna być objaśniona. Na przykład Cyryla i Metodego. Ludność powinna wiedzieć, ci to za jedne byli ten Cyryl i Metody.
– Tu niepotrzebna tabliczka – każden sie domyśla.
– Także samo nie wiadomo, kto to była ta Etiuda.
– Jak?
– Etiuda.
– Nie słyszałem.
– Nie słyszałeś pan o ulicy Etiudy Rewolucyjnej, niedaleko Woronicza?
– Imie niemieckie, żeńskie, widocznie ktoś z NRD.
– Tak czy siak, o wiele dojdzie faktycznie do tych tabliczek, za jedną fatygę powinno sie zmienić różne satyryczne ulice jak: Figowa, Daktylowa, Cytrynowa, Rodzunkowa, Łososiowa. Gdzie kto widział na Siekierkach takie delikatesy? Owszem, ulica Pietruszki, Rzadkiewki, Cebulowa. Ziemniaczana mogą się zostać.
***
Byłem świadkiem tej rozmowy, jadąc „na przybłędę” warszawską taksówką. Nie podzielam pesymistycznych przeczuć sympatycznego kierowcy – tabliczki an pewno wreszcie będą. Miło będzie nam wszystkim przeczytać sobie „rysopis” znakomitego hiduskiego poety i filozofa Rabindranatha Tagore czy Franciszka Wężyka czcigodnego pamiętnikarza, posła na sejm i senatora (1785 – 1862).
Sam interesuję się żywo, co to za jeden był ten „Wejnert”, na którego ulicy od pewnego czasu zamieszkuję. Umierając z ciekawości czekam na tabliczkę.

PS. Ach ach, naprzeciwko ulicy Wejnerta mieszkałam przez pierwsze osiem lat mojego życia. Całe podwórkowo-trzepakowe dzieciństwo. A teraz... tam gdzie rosły kasztany i były trzepaki, zbudowano biurowiec...

Po prostu razem, ANNA GAVALDA

niedziela, 26 grudnia 2010

5 komentarze
Jakiś czas temu przeczytałam książkę Guillaume'a Musso i ponarzekałam przy okazji, że jest mało francuska. Na Annę Gavaldę narzekać nie będę. :)

O czym jest?
Autorka powoli zapoznaje nas z czwórką ludzi: Camille, pogubioną w życiu młodą artystką, Philibertem, jąkającym się, nieprzystosowanym do życia arystokratą, Franckiem, aroganckim kucharzem i motocyklistą oraz babcią tego ostatniego, osiemdziesięcioletnią Paulette. Philibert i Franck mieszkają razem w trzystametrowym mieszkaniu w centrum Paryża, które należało do przodków naszego arystokraty, a którego pilnuje teraz, póki reszta rodziny nie zakończy spadkowych procesów i "podziału łupów". Jest to więc lokum tymczasowe, ale jakże wspaniałe i wygodne, ze staroświecką łazienką, portretami dawnych mieszkańców i całym mnóstwem wolnych pokoi. Camille mieszka w maleńkiej służbówce na strychu tej samej kamienicy. Los styka ją z tą dwójką, kiedy Philibert, widząc, że jest ciężko chora, głodna i zmarznięta, postanawia ją przygarnąć.

Co o niej sądzę?
No w końcu Francja! Kiedy na drugiej stronie dowiedziałam się, że Camille zamiast mówić o sobie "sprzątaczka" (jej aktualny zawód), woli określenie "konserwator powierzchni", kiedy trochę dalej przeczytałam o trudnościach czarnoskórej Mamadou z wypełnieniem dokumentów do Kasy Zasiłków Rodzinnych, gdy czytałam o wielodzietnych rodzinach arystokratów, sylwestrowych bankietach, zachowaniu Francka wobec kobiet... myślałam sobie: Francja jak żywa. 

Potem, tak mniej więcej od połowy, wrażenie przeniesienia rzeczywistości na karty powieści ulatniało się powoli. Głównie dlatego, że fabuła zaczęła zmierzać ku happy endowi i wszystko zrobiło się zbyt polukrowane, nierealistyczne. Mój ulubieniec, Philibert, został potraktowany trochę marginalnie, przez jego wątek mocno mnie rozczarował. Póki bohaterowie dostawali w kość, póki odnajdowali się trochę po ciemku, ze zgrzytami i trudnościami, czułam, że żyją, i dotyczyło to nawet takiego indywiduum jak nieporadny życiowo arystokrata. A potem wszystko zaczęło im się układać, a to już nie jest prawdziwe życie. Choć, z drugiej strony, gdyby książka nie kończyła się happy endem, pewnie byłabym rozczarowana.

Styl i język to chyba najważniejsze składniki tej książki. Język, zwłaszcza na początku, wydawał mi się bardzo... jak by to nazwać... francuski. Nie wiem jak to dokładnie określić, niech za przykład posłuży taki fragment:

Wiedziała, jak kończą bezużyteczne stare kobiety, takie jak ona. (...) Te, które naciskają wszystkie przyciski pilota, by ostatecznie wyłączyć odbiornik, płacząc z wściekłości.
Drobnymi i gorzkimi łzami.
Trzymając głowę w dłoniach przed zgaszonym telewizorem.

Tak jak rosyjski ma swoją melodię, którą udaje mi się zazwyczaj rozpoznać, tak i francuski ma tę specyfikę, odróżniającą go od najpowszechniejszych przecież tłumaczeń z angielskiego, a w tej książce bardzo ją widać. Styl jest (chyba?) swoistą sygnaturą autorki. Przyznam, że na początku czułam się zagubiona, bo książka składa się z króciutkich fragmentów: tu opis, tam dialog. Przede wszystkim dialogi, czasem poszatkowane na mniejsze fragmenty. Ale po kilku stronach wyłączyłam zasadę "linijka przerwy oznacza przeskok akcji" i czytałam po prostu wszystko jak leci, dzięki czemu prawie w ogóle tego rozczłonkowania nie odczuwałam.

Teraz wady i zalety. ;) Zaletą jest niewątpliwie to, że książka wciąga niesamowicie. Nie mogłam się zupełnie od niej oderwać, jak zaczęłam rano, tak skończyłam wieczorem. Styl sprawia, że prawie natychmiast czytelnik zaprzyjaźnia się z bohaterami i nie ma ochoty ich opuszczać. Wadliwie natomiast jest skonstruowane zakończenie. Na chybcika, tu ślub, tam pogrzeb, rachu ciachu i wszyscy bohaterowie w epilogu kłaniają się nam uśmiechnięci. No... za słodko, za ciężko,jak profiteroles pływające w czekoladzie. Ale i tak nie oderwałam się do samiutkiego końca.

Dla kogo?
Dla potrzebujących pocieszenia, rozgrzania serca, lekkiego wzruszenia i uśmiechu samego pojawiającego się na twarzy. To jest bardzo ciepła książka, w części bardzo prawdziwa, chwytająca za serce, w części odrobinę przesłodzona, nie na tyle jednak, by ścierpły nam zęby. Jest w sam raz na chandrę i zimową nudę. Także dla tych, którzy dość mają opowieści o rozterkach Amerykanów i Brytyjczyków i chcieliby poczytać co słychać nad Sekwaną. Generalnie - zachęcam!

Ocena:
8/10

Książki spod choinki

piątek, 24 grudnia 2010

7 komentarze
Jakimi książkowymi smakowitościami obdarował was w tym roku Mikołaj? Uzgadnialiście z "nim" swoje preferencje, czy zdaliście się na ślepy los? Ja postawiłam sprawę jasno i tak oto w moje rączki wpadły od dawna przeze mnie wyczekiwane:
  • Służące Kathryn Stockett (Jak ta książka pięknie jest wydana!)



  • Zimowy Monarcha Bernarda Cronwella


Wszystkim książkowym molom życzę szczęśliwych,spokojnych Świąt! Żeby wam nie zabrakło czasu na lekturę! :)

    Którędy droga?, IAN PEARS

    środa, 22 grudnia 2010

    7 komentarze
    Dawno nie czytałam tak oryginalnie skonstruowanej książki.

    O czym jest?
    Książka składa się z czterech części, a w każdej narratorem jest inna osoba: Marco da Cola - wenecki lekarz i podróżnik, doktor Wallis - wybitny matematyk, Jack Prescott - syn zdrajcy króla oraz antykwariusz Anthony Wood. Każdy z nich pisze swoją wersję okoliczności zdarzenia, które miało miejsce w Oksfordzie roku pańskiego 1663. Oto bowiem ktoś otruł Roberta Groova, profesora Nowego Kolegium, a podejrzenie pada na jego zwolnioną dopiero co służącą Sarę Blundy.

    Zabójstwo doktora Groova stanowi co prawda oś fabularną, wokół której kręcą się opowieści naszych czterech bohaterów, ale kiedy już poznamy prawdę o tej śmierci, będziemy przede wszystkim zdziwieni i przytłoczeni prawdą o innych zdarzeniach. Fabuła pączkuje i rozrasta się, zahaczamy o spiski i afery szpiegowskie sięgające czasów Cromwella, zanurzamy się w świat siedemnastowiecznej nauki, ówczesnych sekt religijnych, życia najwyższych i najniższych sfer. 

    Co o niej sądzę?
    Ta książka wygląda tak niepozornie ze swoją szaroburą okładka, że można ją przeoczyć w księgarni lub bibliotece. A to byłby poważny błąd! Jest naprawdę niesamowita, nawet jeśli trzeba cierpliwości, by przebrnąć przez te 700 stron bez podczytywania końcówki. Jej oryginalna struktura sprawia, że wydarzenia układają nam się po kolei w umyśle i potem zdzieramy z nich kolejne wersje, próbując dogrzebać się prawdy. Co prawda domyśliłam się losów Sary Blundy jeszcze przed tym, jak Wood przejął pałeczkę narratora, ale wpadłam za to we wszystkie inne zastawione przez autora pułapki.

    Bohaterowie tej powieści zasługują na oddzielną wzmiankę. Z zestawienia dramatis personae na końcu wynika, że tylko dwie postacie były fikcyjne: Sarah Blundy i Jack Prescott, a i oni mieli swoje historyczne pierwowzory. Cała horda wspaniale odwzorowanych bohaterów (w tym niemal wszyscy główni) istniała naprawdę, a autor wykonał niemal tytaniczną pracę, by z taką pieczołowitością odtworzyć ich charaktery, zajęcia, codzienne życie. Najbardziej polubiłam Johna Locke'a, młodego naukowca i przyjaciela największych oksfordzkich hultajów, ale obdarzonego powagą i inteligencją, które znamionują jego przyszłą wielkość. Przez część Prescotta ledwie mogłam przebrnąć, tak mnie denerwował, ale opowieść Wooda i jego skrupulatne wyłożenie sensownych argumentów wynagrodziły te nieprzyjemniości.

    Język powieści jest lekko stylizowany na dawny, nie na tyle jednakże, by przeszkadzało to w lekturze. Dzięki temu książka ma klimat, lepiej daje się odczuć atmosfera Oksfordu drugiej połowy XVII-go wieku. Nie jest to książka lekka i łatwiutka w odbiorze, wymaga odrobiny skupienia, ale wciąga, muszę przyznać, jak bagno.

    Dla kogo?
    Dla wszystkich, którzy myślą, że nic już ich w literaturze nie zdziwi. Mnie zdziwiła - i forma i treść. Połączenie powieści historycznej i kryminału to okazja także dla tych, którzy szybko się nudzą, czytając o czasach minionych. Którędy droga? dostarcza mnóstwa wiedzy o siedemnastowiecznej rzeczywistości (jest na przykład cały wątek o odkryciu transfuzji krwi), ale równocześnie trzyma w ogromnym napięciu.

    Ocena:
    9/10

    Mechaniczny anioł, CASSANDRA CLARE

    niedziela, 19 grudnia 2010

    4 komentarze
    Całkiem niedawno objechałam debiut pani Clare, a teraz zabrałam się za jej najnowsze dzieło. Jest w tym, przyznaję, niekonsekwencja, wynikająca głównie z owego działa tematyki i szafarzu: wiktoriańska Anglia plus steampunkowe elementy, które lubię i poszukuję w książkach. Mechaniczny Anioł ma wszystkie wady Miasta kości, ale nie będę się na nich skupiać, bo w końcu - wiedziałam na co się decyduję, miałam więc co chciałam.

    O czym jest?
    Historia dzieje się w świecie znanym z Miasta kości, aczkolwiek nie w Nowym Jorku tylko w Londynie, i nie w XXI w., a w XIX. Bohaterami są Nocni Łowcy - półludzie-półanioły, którzy walczą z demonami i potworami tego świata (aczkolwiek w całkowitym ukryciu rzecz jasna). Ich londyńska siedziba stała się schronieniem dla trzech sierot: Willa (brunet z niebieskimi oczami, typ słodkiego skurczybyka), Jema (jasne włosy, spokojne usposobienie) i Jessamine (arogancka, jej cel w życiu: znaleźć męża). Dołącza do nich Amerykanka Tessa, zważywszy na swoje umiejętności (zamiana w innych ludzi), prawdopodobnie czarownica. Młodzi bohaterowie muszą stawić czoła okultystycznemu spiskowi, bandzie dekadenckich wampirów, demonicznym siostrom i na dokładkę całej armii mechanicznych stworów. Akcji jest, jak widzicie, co nie miara.

    Co o niej sądzę?
    Mam bardzo mieszane uczucia. Podobał mi się pomysł umiejscowienia akcji w wiktoriańskiej Anglii, bo lubię wszystkie rekwizyty z tym związane: dorożki, eleganckie sklepy, bale, fascynacja Wschodem i okultyzmem, specyficzne stosunki społeczne. Wszystko w tej książce jest, choć tak pokazane, że czuje się niedosyt. Miasto pokazano jako brudne i wciąż zasnute mgłą, bal jest co prawda, ale wampiryczny, sklepy tylko migają gdzieś w międzyczasie, podobnie jak tematyka Dalekiego Wschodu. Najwięcej tu chyba dość zgrabnie ukazanego okultyzmu - w końcu mówimy o świecie, gdzie istnieją czarownicy i wilkołaki, i o czasach, kiedy całkiem poważni ludzie takimi tematami się zajmowali.

    Najbardziej rozczarowana byłam stosunkami społecznymi. Niestety, wiktorianizmu w nich ani za grosz. Nie wystarczy w niektórych momentach mówić do siebie per pan/pani, by stworzyć wrażenie obowiązujących wówczas konwenansów. Wszyscy zachowują się jakby pochodzili z przełomu XX i XXI w., są w swej otwartości, skłonności do psychoanalizy, łatwości w przystosowaniu się i łamaniu zasad na wskroś współcześni. Ok, wiem, że mówimy o półaniołach, ale jednak... Oczekiwałam czegoś więcej. Kiedy Tessa porównuje swoją relację ze skurczybykiem Willem do tego, co zaszło między Elisabeth Bennet i Darcym, poczułam mocne wrażenie nieadekwatności. ("Hę? Darcy wstawał gdy dama wchodziła do pokoju, a Will zachowuje się jak lowelas z high school".)

    Ogólnie bohaterowie wypadli chyba lepiej niż w poprzedniej trylogii pani Clare (choć nie wiadomo jak się rozwiną w dalszych częściach, może będzie lepiej, a może gorzej). Tessa jest całkiem bystra, a Will, mimo swej mhroczności i tajemniczości, nie tak denerwujący jak Jace. Jem wypada trochę blado, podobnie jak pozostali bohaterowie (zwłaszcza brat Tessy, Nate, którego głębię psychologiczną można przyrównać do kałuży). Fabuła jak to u pani Clare - akcja goni akcję, więc książka wciąga, ale równocześnie brakuje jej przez to jakiegoś namysłu, atmosfery.

    Dla kogo?
    Nastoletni fani pani Clare już dawno mają lekturę za sobą, więc zachęcać ich nie będę. ;) Dla miłośników steampunka Mechaniczny anioł może okazać się rozczarowaniem, ale chyba warto spróbować, bo w sumie mało mamy tego typu pozycji na rynku. Nie trzeba znać poprzedniej trylogii, aby w pełni zrozumieć tę książkę.

    Ocena:
    6/10

    Na południe od granicy, na zachód od słońca, HARUKI MURAKAMI

    piątek, 17 grudnia 2010

    4 komentarze
    Okazuje się, że w małych ilościach Murakami nie jest taki zły.

    O czym jest?
    W tym miejscu pragnę podziękować autorowi opisu książki na czwartej okładce, który wyjawił jakieś 3/4 jej treści. (Tak, to był sarkazm.) Nie ma to jak czytać o dylematach bohatera na temat zdrady żony i porzucenia rodziny dla innej kobiety, wiedząc jak to się skończy. Dlatego ostrzegam: nie czytajcie tego blurba!

    Historia opowiada o Hajime, który w wieku dwunastu lat zaprzyjaźnił się z chromą Shimamoto i mimo że stracił z nią wkrótce kontakt, nie może jej przez całe życie zapomnieć. Główny bohater opowiada nam o swoim dzieciństwie, pierwszych miłościach, poznaniu swojej przyszłej żony i, rzecz jasna, o ponownym spotkaniu z Shimamoto, kiedy oboje mają już po trzydzieści siedem lat. Okazuje się, że na jednej szali leży całe dotychczasowe życie Hajime - rodzina i dzieci, a na drugiej - fascynacja, pożądanie i miłość.

    Co o niej sądzę?
    Nie udało mi się ani polubić, ani zrozumieć głównego bohatera, co sprawia, że podczas lektury tej książki czułam głównie irytację. No bo przeczytajcie coś takiego:

    Okłamałem Yukiko, powiedziałem sobie. Oczywiście, już przedtem ją okłamywałem, kiedy miewałem romanse z innymi kobietami, ale wtedy nigdy nie miałem poczucia, że ją oszukuję. To były tylko nieszkodliwe skoki w bok. Tym razem postąpiłem źle.

    i spróbujcie nie myśleć o tym facecie jako o słabym, usprawiedliwiającym się dupku. Ja nie potrafiłam. 

    Denerwowały mnie niemożebnie dwie rzeczy, które są chyba przejawem różnic kulturowych, a mianowicie podejście do dzieciństwa i sytuacja kobiet w Japonii. Mam wrażenie, że dzieciństwo jest w Kraju Kwitnącej Wiśni w jakiś sposób idealizowane, jako ten czas, kiedy człowiek mógł być sobą, bo sztywne reguły społeczne jeszcze go nie obowiązywały. Stąd ta estyma do przyjaciół z dzieciństwa i skłonność do ciągłego analizowania co wówczas zaszło i jakie związki się wtedy miało. Spotkałam się z tym wielokrotnie, nie tylko w tej książce, ale w niej właśnie widać to wyjątkowo wyraźnie. "Zegar uczuciowy" Hajime zatrzymał się, kiedy ten miał dwanaście lat, i dalej już nie ruszył. Nawet jego małżeństwo okazuje się suma sumarum tylko próbą ucieczki przed samotnością. A do mnie to w ogóle nie przemawia! Myślę z czułością o moich dwunastoletnich miłościach, ale helou, żeby odnosić do nich całe moje życie? Absurd.

    No i druga sprawa, dla mnie bardzo drażliwa. Kobiety są w tej książce przedstawione jako bierne istoty, nie potrafiące żyć bez mężczyzny, wziąć sprawy we własne ręce, olać głupka i robić swoje. Albo umierają wewnętrznie z powodu zranienia i do końca życia funkcjonują na autopilocie, albo popełniają samobójstwa, albo zachowują się jak niewolnice. No naprawdę. Miałam ochotę nimi wszystkimi potrząsnąć. Czy w Japonii naprawdę nie było (bo książka ma już swoje lata, może teraz sytuacja jest inna) klawych kobietek? Czy żadna z bohaterek nie miała przyjaciółki, która wypowiadałaby we właściwym momencie te jakże potrzebne każdej kobiecie "Olej go! Nie był ciebie wart!"?

    Mimo mojej awersji do bohaterów, nie sądzę, że książka była zła. Z powodu poucinanych i niewyjaśnionych wątków czytelnik myśli o niej jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej kartki. (Ja doszłam w końcu do wniosku, być może błędnego, że Izumi zabiła kuzynkę.) Tak naprawdę nie wiemy jak ta historia się kończy i to dodaje jej pewnego smaczku. Styl jest bardzo przejrzysty, prosty, japoński. Podobał mi się. (Mimo że książka była tłumaczona z angielskiego. Hm...) Do Murakamiego miałam cztery podejścia: Norwegian Wood i Przygodę z owcą porzuciłam w połowie, a właśnie Na zachód od granicy... i Po zmierzchu przeczytałam całe, i nawet mi się podobały. Wynika z tego, że jeśli chodzi o mnie, Murakami tak, byle krótki...

    Dla kogo?
    Może dla ludzi, którzy z Murakamim nie mieli do tej pory dobrych doświadczeń. Książka nie ma dziwnych wątków fantastycznych, opowiada uniwersalną historię miłości i zdrady, więc każdy się w niej jakoś odnajdzie. No i jest na tyle krótka, że nawet niecierpiąc głównego bohatera, da się ją przeżyć. ;) Poza tym dla miłośników wszystkiego co japońskie. Mam wrażenie, że autorowi udało się uchwycić i opisać kawałek japońskiej duszy.

    Ocena:
    7/10

    Wiek luksusu, ANNA GODBERSEN

    sobota, 11 grudnia 2010

    3 komentarze
    Znalazłam jako rekomendację na "LubimyCzytać". Niezbyt trafiona...


    O czym jest?
    Książka jest reklamowana jako dziewiętnastowieczna wersja Plotkary. Serialu nie znam za dobrze, obejrzałam dwa pierwsze odcinki (odcinki, nie sezony), a potem zniecierpliwiona ślimaczącą się akcją zerknęłam na wikipedię, żeby przeczytać o dalszych losach bohaterów (ogólnie nie jestem fanką seriali, niecierpliwią mnie). Zdążyłam jednak zobaczyć na tyle dużo, by móc teraz z całą stanowczością stwierdzić, że Wiek luksusu to niemal wierna kopia swojego XX-wiecznego odpowiednika! 

    Główną bohaterką jest Elisabeth (swoją drogą, w prologu oglądamy scenę jej pogrzebu, taki zabieg totalnie człowieka demotywuje do dalszego czytania), słodkie dziewczę lat osiemnastu, które musi sobie radzić w podłym świecie manhatańskiej socjety. Mamy też jej najlepszą przyjaciółkę, Penelope, raczej żmijowatą i podstępną, siostrę Dianę - ekscentryczkę, bogatego luzaka Henry'ego oraz służących Linę i Willa. Ta szóstka zostaje zaplątana w najdziwaczniejsze wielokąty miłosne, jakie kiedykolwiek widziałam. (Na zasadzie, ona chce jego, on woli tamtą, ale żeni się z ową, a ta owa kocha innego, w którym znowuż zakochana jest jeszcze kolejna itd itp.)

    Co o niej sądzę?
    Mam problem z tą książką. A nawet dwa. Pierwszy jest czysto techniczny i dotyczy tłumaczenia. Jest co prawda ciut lepsze od Klubu miłośników Jane Austen, ale doprawdy niewiele. Zdarza się, że np. na przestrzeni jednej strony (dwa akapity) dziewięć razy użyto słowa siedział(a). Szok i zgroza dla mych biednych oczu. Drugi problem to postacie, które wyszły tak, że czułam dziką satysfakcję, gdy przydarzało im się coś złego. Były nudne i głupie, niektóre (jak Penelope), złe i głupie. Tak czy siak trudno je polubić. Dodatkową trudność sprawiały realia historyczne przedstawione z nienależytą dokładnością. To znaczy - bohaterowie byli na wskroś nowocześni, tyle że przebrani w XIX-wieczne szatki. Reklama nie kłamała, to naprawdę inna wersja Plotkary.

    No i faktem jest, że po przeczytaniu prologu domyśliłam się zakończenia. Ze strony autorki nie było chyba do końca przemyślanym zabiegiem zdradzanie tego typu informacji. Zalety tej książki to przyjemność czerpana z lektury... przyjemność podobnego rodzaju co czytanie Gali czy innej Vivy. Nie ma co prawda tych samych emocji (w końcu to fikcyjne postacie), ale wątki podobne - tam zdrada, tu zawiedzione nadzieje. Brałam pod uwagę fakt, że jest to powieść de facto dla młodzieży, dlatego szczególnych oczekiwań co do pogłębionego przesłania nie miałam. Jednak rozczarowałam się miałkością fabuły. Chyba mniej czasu zmarnowałabym wchodząc na Pudelka, a efekt byłby podobny.

    Dla kogo?
    Dla wielbicieli Plotkary  - a nuż się spodoba? Dla nastolatek, w końcu to książka o nich i dla nich, no i może, MOŻE dla spragnionych dziewiętnastego wieku... Ale tylko na własną odpowiedzialność. ;)

    Ocena:
    4/10

    Czarodziejka z Florencji, SALMAN RUSHIDE

    czwartek, 9 grudnia 2010

    6 komentarze
    Jestem jak sroka, nie mogłam oprzeć się takiej okładce:

    O czym jest?
    Zdobywca Bookera, Salman Rushide zabiera nas w podróż po opowieściach. Jest tu ich bowiem sporo, jedna zawiera się w kolejnej. Klamrą spajającą je wszystkie jest przybycie na dwór indyjskiego cesarza Akbara złotowłosego cudzoziemca, dell'Amore, twierdzącego, że zna historię, którą musi koniecznie Akbarowi przekazać. No i się zaczyna: lądujemy we Florencji na przełomie XVI i XVII wieku, spotykamy Medyceuszy, Vespuccich i Machiavellich. A w międzyczasie przenosimy się na pustynie Anatolii, uzbeckie stepy, a także zdradliwe wody morza Śródziemnego. Cała opowieść dell'Amore dotyczy jego domniemanej matki, zaginionej mogolskiej księżniczki Qara Koz, którą los rzucał to tu to tam, aż w końcu wylądowała we Florencji.

    Co o niej sądzę?
    Bywały fragmenty, które czytałam jak urzeczona, a dotyczyły one przede wszystkim Florencji. Florencja epoki renesansu wydaje mi się miejscem absolutnie fascynującym, a przedstawiono ją w niezwykle żywy, plastyczny sposób. Cały wątek Niccola Machiavellego, jego rozmyślań i powodów, dla których wysnuł w Księciu wnioski jakie wysnuł, stanowił najprzyjemniejszą i najbardziej realistyczną część tej powieści. Dla Niccola warto było Czarodziejkę przeczytać.

    Reszta fabuły to takie Baśnie z tysiąca i jednej nocy: dużo czarów (tytuł zobowiązuje), leniwe tempo opowieści, wątki rwące się, zataczające koła, wypuszczające co i raz nowe odnogi. Struktura tej powieści przypominała mi perski kobierzec, w którym oglądając poszczególne nitki niewiele doszukamy się sensu, i dopiero spojrzawszy na całość, możemy w pełni docenić kunszt rękodzielnika. Niektórym może to przeszkadzać, a mnie pod koniec zaczęło męczyć, ale dałam się "wpleść" w tę opowieść, wciągnęłam się i  nawet ciągłe skakanie między miejscami, czasami i postaciami przestało mi przeszkadzać.

    To co mi naprawdę przeszkadzało w tej powieści, to przedstawienie kobiet, zwłaszcza tytułowej Czarodziejki. Czarodziejka bowiem była nieziemsko piękna i wszyscy jako żywo ją uwielbiali (co prawda niekiedy musiała zmierzyć się z rozszalałym motłochem, ale nawet wtedy umiała skombinować sobie jakiegoś ukochanego, gotowego za nią umierać). I właściwie do tego sprowadzają się te jej czary. Jest tytułową bohaterką, motorem opowieści, kobietą o którą zabijają się mężczyźni, legendą za życia jak i po śmierci, a cała jej zasługa sprowadza się do tego że była piękna. No przepraszam, może faceci czytający tę książkę (a nie sądzę, by wielu po nią sięgnęło, zważywszy na okładkę) dadzą się wkręcić w tę adorację kobiecego idealnego piękna. Mnie się to nie spodobało, spłyciło opowieść.

    Dla kogo?
    To jest naprawdę świetna książka na takie wieczory jak teraz, długie i zimne. Daje szerokie pole do popisu dla wyobraźni, przenosi czytelnika w najróżniejsze miejsca, daje posmakować i Wschodu, i Zachodu. Pokazuje, że świat jest ogromny, i był taki również pięćset lat temu, kiedy statek szkockiego kapitana  wysłannika królowej Elżbiety, żeglował do Indii. Skupiając się na europejskiej historii zapominamy, że Europa jest tylko wypustkiem wielkiej Eurazji, i że na wschód, na południe od naszych ziem istniały wielkie, fascynujące cywilizacje. Ta książka świetnie to pokazuje.

    Ocena:
    8/10

    Ps. Czy tylko ja zauważyłam, że ta miniatura na okładce przedstawia scenkę z Kamasutry?

    Giaur, GEORGE G. BYRON

    niedziela, 5 grudnia 2010

    4 komentarze
    Powieść poetycka napisana przez angielskiego mistrza romantyzmu, przetłumaczona przez polskiego wieszcza.

    O czym jest?
    Opowieść stara jak świat: piękna kobieta, jej mąż i kochanek. Rzecz się dzieje w ciemiężonej przez Turków Grecji, kobieta jest chrześcijańską branką, a mąż okrutnym muzułmaninem. Piękna Leila oddaje więc serce (i ciało?) Giaurowi, za co zostaje skazana na śmierć. Giaur mści się srogo, a potem pokutuje za grzechy. Ach, jak to wszystko jest pięknie opisane...

    Co o niej sądzę?
    Natknęłam się na ten poemat przy okazji porządków w biblioteczce, i jak zaczęłam czytać, schowana za stosami książek, tak nie przestałam, aż skończyłam. Do poezji romantycznej zostałam skutecznie zniechęcona w liceum i teraz zaczynam tego stokrotnie żałować. Bo człowiek może ją w pełni docenić jeśli nie jest zmuszany do czytania, do interpretowania, do zapamiętywania jakiś głupich szczegółów, a daje się ponieść opowieści i uwieść słowu.

    Byronowski bohater! Zachmurzony, ponury, z białym czołem, wijącymi się włosami i błyszczącym okiem. Skrywający ponurą przeszłość, nieszczęśliwy i samotny. Jego losy są tak opisane, że po prostu nie mogłam oderwać wzroku od kartek. W dzisiejszych czasach nie ma już takich poetów - nie wiem, klimat twórczy im nie sprzyja, albo nie mają po prostu o czym pisać? Dzisiaj wszystko już zdekonstruowano, przemielono, wyśmiano i zrelatywizowano, a takie byronowsko-mickiewiczowskie strofy nie mają racji bytu:

    Tak ogień uczuć i sztuka kobieca
    Najtwardsze serca zmiękcza i roznieca;
    Lecz raz nagięte, zmianom nie ulegnie
    I pierwej pęknie, niźli się odegnie.

    Tyle że ja chcę, żeby miały. I wzrusza mnie, gdy czytam:

    Zaiste, miłość jest świętym pożarem,
    Iskrą zatloną w ogniach nieśmiertelnych,
    Aniołów dobrem, Wszechmocnego darem,
    Balsamem rajskim dla serc skazitelnych.

    Smutno mi się robi, gdy pomyślę, że tylko "niektórzy lubią poezję", że się stykamy z nią w szkole, a potem rzadko do niej wracamy. Że gdyby nie te porządki w biblioteczce, to pewnie nie sięgnęłabym po Giaura, który dał mi ogromne wytchnienie i estetyczne, i emocjonalne, od codziennej dawki złości i bylejakości. Romantyzm okazał się nie być wcale taki straszny, jak go malują.

    Nie mogę nie wspomnieć o przedmowie zarówno Byrona jak i Mickiewicza, oraz ich długaśnych przypisach, od których roi się w całym tekście. Rozbrajały mnie. Tak np. Mickiewicz komentuje fragment o upiorach:

    Wiara w upiory powszechna na Wschodzie. Turcy zowią je wardulacha; Grecy równie ich się boją i mnóstwo o nich prawią strasznych powieści.

    Dla kogo?
    Wszyscy powinni przynajmniej spróbować. :) Wiele osób to po prostu nie zachwyca, i cóż zrobić. Ale mam taką teorię, że nie zachwyca, bo człowiek jest do zachwytu po prostu zmuszany. Moim zdaniem warto odłożyć uprzedzenia na bok i dać szansę poetom romantycznym.

    Ocena:
    Chyba nie odważę się oceniać Wieszcza, nawet jeśli występował tylko w roli tłumacza. ;)

    Klub miłośników Jane Austen, KAREN JOY FOWLER

    piątek, 3 grudnia 2010

    6 komentarze
    Film był lepszy. ;)

    O czym jest?
    Książka opowiada o kalifornijskim klubie Jane Austen, do którego należy sześć osób: pięć kobiet i mężczyzna. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie liczby mnogiej: spotkaliśmy się, usłyszeliśmy itd, ale narrator się nigdy nie ujawnia, po kolei omawiane są losy każdego z członków, ale do końca nie wiemy KTO je opowiada. Bohaterowie są raczej przeciętni: dwie przyjaciółki i średnim wieku i córka (lesbijka) jednej z nich, starsza pani z syndromem słowotoku, kostyczna nauczycielka francuskiego i jedyny mężczyzna - miłośnik literatury science fiction. Klub spotyka się raz w miesiącu, omawiając każdą z sześciu powieści Jane, a my poznajemy wtedy bliżej losy każdego z bohaterów.

    Co o niej sądzę?
    Och, jakże mnie wymęczyła ta książka! Jakże miałam jej dość! 
    Na wstępie może powinnam zaznaczyć, że jestem wielką miłośniczką Jane Austen. Czytałam wszystkie jej powieści, na mojej półce stoją trzy egzemplarze Dumy i uprzedzenia (oryginał i dwa przekłady), a serial BBC z Colinem Firthem puszczam sobie zawsze wtedy, gdy nawiedza mnie chandra. Powinnam być w takim razie raczej fanką wszystkiego, co wiąże się z moją ulubioną autorką. Ale nie tym razem.

    Kilka lat temu obejrzałam film stworzony na podstawie tej książki i wydawał mi się wtedy całkiem miły. Może bez fajerwerków, ale nie taki znowu zły. Okazuje się, że w porównaniu z książkowym pierwowzorem, film to niemal arcydzieło. Bo powieść Karen Fowler to prawdziwy gniot. Styl jest paskudny. Niemal cały czas natykam się na powtarzanie imion głównych bohaterów w sąsiadujących zdaniach, albo nawet dwa razy w tym samym:

    Stopy Jocelyn tak zbielały, że przypominały rybi brzuch; Jocelyn szczękała zębami z zimna, co było rzadkim osiągnięciem jak na sierpień.

    Niekiedy miałam wrażenie, że czytam Google Translations:

    - Pójdę zadzwonić do niej - powiedziała Jocelyn. Włożyła na nowo pantofel. - Z Danielem to zaskakujące. Miał być na pewno, mówiła Allegra.

    Styl jest tak męczący, że z trudem mi przychodziło przebijanie się przez kolejne strony. Sam pomysł na książkę, która nie ma właściwie głównego bohatera, a narrator rozmywa się w jakieś "my", uważam za chybiony. Krótkie rozdzialiki, które traktują o dzieciństwie czy najbardziej traumatycznych przeżyciach kolejnego członka Klubu tylko człowieka denerwują, zamiast wciągać. Najciekawszymi fragmentami były te, w których Klub omawiał książki Austen. Niestety, autorka tak poprowadziła akcję, że omawiane są tylko pierwsze dwie - trzy, potem ciągle coś staje na przeszkodzie.

    A najbardziej ze wszystkiego zdenerwowało mnie to, że autorka wzięła moją Jane, użyła mojej Jane do stworzenia takiej szmiry. Jej książka naprawdę nie ma absolutnie nic z Jane wspólnego, no nic kompletnie. Gdybym przeczytała Klub, nie znając dorobku Austen, zniechęciłabym się do niej zupełnie. Ani w tym powabu, ani napięcia, ani ironii. Tylko nuda i nuda.

    Jest jednakże w tej książce coś wartościowego, a mianowicie dodatek. Znajdziemy w nim np. komentarze rodziny i przyjaciół Jane do jej kolejnych książek, a także bogaty wybór różnych wypowiedzi na temat Austen i jej twórczości. Dowiedziałam się z niego, że Mark Twain jej nie cierpiał:

    Ilekroć czytam Dumę i uprzedzenie, chcę wykopać z grobu Austen i przyłożyć jej w czaszkę jej własną piszczelą.*

    a Henry James nie poważał:

    Niemal niedostrzegalna przez trzydzieści czy czterdzieści lat po śmierci, może naprawdę jawi się jako najładniejszy przykład owego korygowania ocen, które następuje dzięki powolnej aprobacie głupoty.**

    Najbardziej chyba ubawiłam się plakatem reklamującym ekranizację Dumy i uprzedzenia z 1940 roku:

    Pięć uroczych sióstr podczas najweselszej, najradośniejszej obławy, w której schwytano oszołomionego kawalera! Dziewczęta! Uczcie się od tych łowczyń mężów!

    Dla kogo?
    Nie wiem komu polecać tę książkę. Chyba tylko osobom, które naprawdę chcą się przekonać, że film był lepszy, i mają do tego wysoką tolerancję dla złego stylu.

    Ocena:
    2/10

    * Od razu nasuwa się pytanie: po jaką więc cholerę tę książkę tyle razy czytał?
    ** Zazdrośnik. ;)

    Dzień darmowej dostawy!

    środa, 1 grudnia 2010

    3 komentarze
    1 grudnia został ogłoszony Dniem Darmowej Dostawy, co oznacza, że klienci nie płacą za wysyłkę towaru, niezależnie czy dostarczycielem będzie kurier, czy Poczta Polska. Do akcji przyłączyło się ponad 850 e-sklepów. Ich listę znajdziecie tutaj:

    www.dziendarmowejdostawy.pl

    Są wśród nich także księgarnie!

    Filmy filmy filmy, cz. 2

    wtorek, 30 listopada 2010

    4 komentarze
    Moje niedawne seanse: :)

    1. Easy A/ Łatwa dziewczyna
    Szczerze mówiąc, myślałam, że trafię na kolejną głupią komedię dla nastolatków, ale naprawdę miło się rozczarowałam! Ten film łamie kilka schematów: bohaterką jest inteligentna i pewna siebie dziewczyna, która ma wspaniałą rodzinę i nie musi potwierdzać swojego poczucia wartości tym, że pokocha ją jakiś książę z bajki. Poza tym jest autentycznie miła i ma dobre serce, a jej prześladowczynią nie jest wcale "najpopularniejsza dziewczyna z High School", tylko banda nawiedzonych dewotów. Opowieść zaczyna się od niewinnego kłamstwa: Olive, naciskana przez pseudoprzyjaciółkę, mówi, że w ostatni weekend straciła dziewictwo podczas "jednorazowej nocy". Plotka rozprzestrzenia się na całą szkołę, a Olive z różnych względów postanawia ją podtrzymywać. W końcu zyskuje sobie naaaprawdę złą reputację, ALE potrafi sobie z tym poradzić, i to z wdziękiem i humorem. Podobał mi się brak przesadyzmu i całkiem dużo naturalności w zachowaniu i dialogach postaci. No i rodzice Olive - odjazdowi! :)


    2. Tara road/ Droga do Tary
    Jest to ekranizacja powieście Maeve Binchy. Opowiada o dwóch kobietach: Irlandce Rii, która dowiedziała się właśnie o zdradzie męża i Amerykance Marlin, która przeżywa żałobę po nastoletnim synu. Los splata ich ścieżki niespodziewanie, kiedy obie postanawiają wymienić się na dwa miesiące domami (tak, dokładnie jak w Holiday :). Zmiana miejsca pobytu to znana recepta na chore serce, a i w tym przypadku, jak można się domyślać, przyniosła pozytywne skutki. W tle mamy jeszcze malwersacje męża Rii i zakończenie, które można określić jako: kobiety rządzą! Film w sam raz na przyjemne, niedzielne przedpołudnie.


    3. Robin Hood
    Długo się zbierałam, aby obejrzeć ten film, bo myślałam, że będzie nudnawy i pełen patosu. A tu wcale nie! Historia skupia się w dużej mierze na międzynarodowej polityce i wojnie, w której Robin jest tylko małym kamykiem, zdolnym jednakowoż poruszyć lawinę. Podobało mi się to, że został on przedstawiony jako łapserdak, szaławiła i awanturnik, a nie, jak to bywało w innych filmach, rycerz bez skazy. (Ej, no w końcu mówimy o Księciu Złodziei, napuszona mina Kevina Costnera jakoś nigdy mi do tego nie pasowała.) Oczywiście nie obyło się w jednym momencie od typowo hollywoodzkiej przemowy ku pokrzepieniu serc oraz zupełnie bezsensownej, za to efektownej bitwy. Ale niech! I tak film wychodzi na plus.


    4. Breakfast with Scot/ Śniadanie ze Scotem
    Ten film sprawił, że przez chwilę zapragnęłam być mężczyzną i wyjść za geja. :P Opowiada o męsko-męskiej parze: spokojnym, dobrze ułożonym prawniku Samie i byłym mistrzu gry w hokeja, obecnie sportowym prezenterze, Eriku. Ich życie się zmienia w momencie, gdy Sam zostaje obarczony opieką nad Scotem - synem zmarłej partnerki swojego brata, który obecnie przebywa w Rio i w nosie ma udawanie tatusia. Scot jest naprawdę dziwny. Plakat obok nie oddaje ani trochę jego dziwności: skłonności do śpiewania kolęd w październiku, noszenia biżuterii i przytulania się do każdego, nawet do swoich prześladowców. Eric mówi nawet do Sama, że Scot prawdopodobnie jest gejem (ale to nie nasza wina, dodaje, już wcześniej taki był!) No i tu leży pies pogrzebany: Erica, który generalnie swoją orientację utrzymuje w tajemnicy, Scot denerwuje i zawstydza. Doprowadza do szału. Trudno mu zaakceptować jego inność. I chyba właśnie o tym jest ten cały film: o akceptacji i miłości, która idzie z nią w parze. Naprawdę mi się podobał!


    5. The Sorcerer's Apprentice/ Uczeń czarnoksiężnika
    Disnejowska produkcja z Nicolasem Cage'm i Monicą Bellucci trochę mnie rozczarowała. W końcu, hej, Piraci z Karaibów to też Disney, a wyszło znacznie lepiej. Tutaj miałam wrażenie, że ktoś przeczytał podręcznik "jak pisać komercyjny scenariusz" i wprowadził go w życie. Główny bohater, Dave, to typowy student-umysłowiec, uzdolniony fizycznie (fizycznie od fizyki, nie od mięśni) kujon, który zakochuje się w koleżance humanistce. Historia nie byłaby może tak ekscytująca, gdyby nie to, że po drodze nasz bohater okazuje się potomkiem Merlina, zdolnym władać potężnymi magicznymi mocami. Tę radosną wieść przekazuje mu czarownik Baltazar Blake (tak, ta postać to wypisz wymaluj połączenie profesora Baltazara Gąbki i Syriusza Blake'a!), którego Dave zostaje uczniem. Razem muszą stawić czoła wrogom i wygrać miłość dziewczyny (każdy ma swoją dziewczynę i swoją miłość oczywiście). Niezłe, ale okropnie przewidywalne.


    6. The Merry Gentelman
    To jest dość niezwykła opowieść. Oto Kate, bita przez męża, ucieka od niego w siną dal i instaluje się w zupełnie nowym dla niej, nieznanym mieście. Nie lubi pytań o przeszłość, nie chce się wiązać z żadnym mężczyzną. Kiedy poznaje Franka - mężczyznę, który pomaga jej wnieść do mieszkania choinkę, jest mu wdzięczna za nienarzucanie się i milczące wsparcie. Tyle że Frank, moi mili, jest seryjnym zabójcą z lekkimi skłonnościami samobójczymi. Po swojej ostatniej "robocie" miał już skakać z dachu, kiedy powstrzymał go krzyk Kate - wtedy właśnie zobaczył ją po raz pierwszy. Kate zupełnie nie rozpoznaje Franka, a Frank, sam chyba siebie zaskakując, obdarza ją przyjaźnią. Nie obędzie się oczywiście bez perypetii, bo w śledztwo w sprawie zabójstw jest zaangażowany sprytny policjant, który na dodatek zaczyna czuć coś do Kate. Jest to cichy film, bez żadnych fajerwerków, operujący obrazami, mimiką twarzy, spojrzeniami. Trochę mnie denerwowała Kate, z tym swoim syndromem wiecznej ofiary, za to Frank był naprawdę słodki. Trochę inny bożonarodzeniowy film.

    7. The Killers/ Pan i pani Kiler
    Ashton Kutcher to ciacho, Katherine Heigl też jest niczego sobie i już dla tej dwójki warto obejrzeć ten film. Kutcher w roli Spencera jest po prostu rozbrajający, gdy robi słodkie oczy do Jen, swojej żony, niezgrabnie próbując jej wyjaśnić, dlaczego zataił przed nią dość ważną rzecz. Taką mianowicie, że przed poznaniem jej pracował jako szpieg. Rzecz wychodzi na jaw, kiedy dawni mocodawcy Spencera chcą się z nim skontaktować, a z bliżej niezidentyfikowanych powodów dom naszego małżeństwa nawiedza cała horda płatnych zabójców, pragnących fachowo  ich ustrzelić. To chyba nowy rodzaj komedii romantycznych, stworzony po to, by bawić i męską, i żeńską widownię. Nie wyszło źle.