Dzień darmowej dostawy!

środa, 1 grudnia 2010

3 komentarze
1 grudnia został ogłoszony Dniem Darmowej Dostawy, co oznacza, że klienci nie płacą za wysyłkę towaru, niezależnie czy dostarczycielem będzie kurier, czy Poczta Polska. Do akcji przyłączyło się ponad 850 e-sklepów. Ich listę znajdziecie tutaj:

www.dziendarmowejdostawy.pl

Są wśród nich także księgarnie!

Filmy filmy filmy, cz. 2

wtorek, 30 listopada 2010

4 komentarze
Moje niedawne seanse: :)

1. Easy A/ Łatwa dziewczyna
Szczerze mówiąc, myślałam, że trafię na kolejną głupią komedię dla nastolatków, ale naprawdę miło się rozczarowałam! Ten film łamie kilka schematów: bohaterką jest inteligentna i pewna siebie dziewczyna, która ma wspaniałą rodzinę i nie musi potwierdzać swojego poczucia wartości tym, że pokocha ją jakiś książę z bajki. Poza tym jest autentycznie miła i ma dobre serce, a jej prześladowczynią nie jest wcale "najpopularniejsza dziewczyna z High School", tylko banda nawiedzonych dewotów. Opowieść zaczyna się od niewinnego kłamstwa: Olive, naciskana przez pseudoprzyjaciółkę, mówi, że w ostatni weekend straciła dziewictwo podczas "jednorazowej nocy". Plotka rozprzestrzenia się na całą szkołę, a Olive z różnych względów postanawia ją podtrzymywać. W końcu zyskuje sobie naaaprawdę złą reputację, ALE potrafi sobie z tym poradzić, i to z wdziękiem i humorem. Podobał mi się brak przesadyzmu i całkiem dużo naturalności w zachowaniu i dialogach postaci. No i rodzice Olive - odjazdowi! :)


2. Tara road/ Droga do Tary
Jest to ekranizacja powieście Maeve Binchy. Opowiada o dwóch kobietach: Irlandce Rii, która dowiedziała się właśnie o zdradzie męża i Amerykance Marlin, która przeżywa żałobę po nastoletnim synu. Los splata ich ścieżki niespodziewanie, kiedy obie postanawiają wymienić się na dwa miesiące domami (tak, dokładnie jak w Holiday :). Zmiana miejsca pobytu to znana recepta na chore serce, a i w tym przypadku, jak można się domyślać, przyniosła pozytywne skutki. W tle mamy jeszcze malwersacje męża Rii i zakończenie, które można określić jako: kobiety rządzą! Film w sam raz na przyjemne, niedzielne przedpołudnie.


3. Robin Hood
Długo się zbierałam, aby obejrzeć ten film, bo myślałam, że będzie nudnawy i pełen patosu. A tu wcale nie! Historia skupia się w dużej mierze na międzynarodowej polityce i wojnie, w której Robin jest tylko małym kamykiem, zdolnym jednakowoż poruszyć lawinę. Podobało mi się to, że został on przedstawiony jako łapserdak, szaławiła i awanturnik, a nie, jak to bywało w innych filmach, rycerz bez skazy. (Ej, no w końcu mówimy o Księciu Złodziei, napuszona mina Kevina Costnera jakoś nigdy mi do tego nie pasowała.) Oczywiście nie obyło się w jednym momencie od typowo hollywoodzkiej przemowy ku pokrzepieniu serc oraz zupełnie bezsensownej, za to efektownej bitwy. Ale niech! I tak film wychodzi na plus.


4. Breakfast with Scot/ Śniadanie ze Scotem
Ten film sprawił, że przez chwilę zapragnęłam być mężczyzną i wyjść za geja. :P Opowiada o męsko-męskiej parze: spokojnym, dobrze ułożonym prawniku Samie i byłym mistrzu gry w hokeja, obecnie sportowym prezenterze, Eriku. Ich życie się zmienia w momencie, gdy Sam zostaje obarczony opieką nad Scotem - synem zmarłej partnerki swojego brata, który obecnie przebywa w Rio i w nosie ma udawanie tatusia. Scot jest naprawdę dziwny. Plakat obok nie oddaje ani trochę jego dziwności: skłonności do śpiewania kolęd w październiku, noszenia biżuterii i przytulania się do każdego, nawet do swoich prześladowców. Eric mówi nawet do Sama, że Scot prawdopodobnie jest gejem (ale to nie nasza wina, dodaje, już wcześniej taki był!) No i tu leży pies pogrzebany: Erica, który generalnie swoją orientację utrzymuje w tajemnicy, Scot denerwuje i zawstydza. Doprowadza do szału. Trudno mu zaakceptować jego inność. I chyba właśnie o tym jest ten cały film: o akceptacji i miłości, która idzie z nią w parze. Naprawdę mi się podobał!


5. The Sorcerer's Apprentice/ Uczeń czarnoksiężnika
Disnejowska produkcja z Nicolasem Cage'm i Monicą Bellucci trochę mnie rozczarowała. W końcu, hej, Piraci z Karaibów to też Disney, a wyszło znacznie lepiej. Tutaj miałam wrażenie, że ktoś przeczytał podręcznik "jak pisać komercyjny scenariusz" i wprowadził go w życie. Główny bohater, Dave, to typowy student-umysłowiec, uzdolniony fizycznie (fizycznie od fizyki, nie od mięśni) kujon, który zakochuje się w koleżance humanistce. Historia nie byłaby może tak ekscytująca, gdyby nie to, że po drodze nasz bohater okazuje się potomkiem Merlina, zdolnym władać potężnymi magicznymi mocami. Tę radosną wieść przekazuje mu czarownik Baltazar Blake (tak, ta postać to wypisz wymaluj połączenie profesora Baltazara Gąbki i Syriusza Blake'a!), którego Dave zostaje uczniem. Razem muszą stawić czoła wrogom i wygrać miłość dziewczyny (każdy ma swoją dziewczynę i swoją miłość oczywiście). Niezłe, ale okropnie przewidywalne.


6. The Merry Gentelman
To jest dość niezwykła opowieść. Oto Kate, bita przez męża, ucieka od niego w siną dal i instaluje się w zupełnie nowym dla niej, nieznanym mieście. Nie lubi pytań o przeszłość, nie chce się wiązać z żadnym mężczyzną. Kiedy poznaje Franka - mężczyznę, który pomaga jej wnieść do mieszkania choinkę, jest mu wdzięczna za nienarzucanie się i milczące wsparcie. Tyle że Frank, moi mili, jest seryjnym zabójcą z lekkimi skłonnościami samobójczymi. Po swojej ostatniej "robocie" miał już skakać z dachu, kiedy powstrzymał go krzyk Kate - wtedy właśnie zobaczył ją po raz pierwszy. Kate zupełnie nie rozpoznaje Franka, a Frank, sam chyba siebie zaskakując, obdarza ją przyjaźnią. Nie obędzie się oczywiście bez perypetii, bo w śledztwo w sprawie zabójstw jest zaangażowany sprytny policjant, który na dodatek zaczyna czuć coś do Kate. Jest to cichy film, bez żadnych fajerwerków, operujący obrazami, mimiką twarzy, spojrzeniami. Trochę mnie denerwowała Kate, z tym swoim syndromem wiecznej ofiary, za to Frank był naprawdę słodki. Trochę inny bożonarodzeniowy film.

7. The Killers/ Pan i pani Kiler
Ashton Kutcher to ciacho, Katherine Heigl też jest niczego sobie i już dla tej dwójki warto obejrzeć ten film. Kutcher w roli Spencera jest po prostu rozbrajający, gdy robi słodkie oczy do Jen, swojej żony, niezgrabnie próbując jej wyjaśnić, dlaczego zataił przed nią dość ważną rzecz. Taką mianowicie, że przed poznaniem jej pracował jako szpieg. Rzecz wychodzi na jaw, kiedy dawni mocodawcy Spencera chcą się z nim skontaktować, a z bliżej niezidentyfikowanych powodów dom naszego małżeństwa nawiedza cała horda płatnych zabójców, pragnących fachowo  ich ustrzelić. To chyba nowy rodzaj komedii romantycznych, stworzony po to, by bawić i męską, i żeńską widownię. Nie wyszło źle.

Opętanie, A. S. BYATT

sobota, 27 listopada 2010

6 komentarze
A więc przyszła i na mnie kolej. Dałam się opętać Opętaniu. :)

O czym jest?
A. S. Byatt stworzyła coś w rodzaju literackiego science fiction. W jej opowieści dziewiętnastowieczny poeta Randolph Henry Ash zajmuje poczytne miejsce w panteonie angielskich mistrzów pióra, a ruchy feministyczne za jedną ze swoich ikon uznają współczesną Ashowi pisarkę Christabel LaMotte. Życie i twórczość obojga są poddawane wnikliwym studiom, i to zarówno w ich ojczyźnie jak i po drugiej stronie Atlantyku, co wywołuje sporo napięć  pomiędzy środowiskami akademickimi na starym i nowym kontynencie.

Historia rozpoczyna się od odkrycia. Roland, zajmujący się Ashem doktorant, biedny jak mysz kościelna i tkwiący w niezbyt szczęśliwym związku, znajduje w starym bibliotecznym woluminie brudnopisy listów wielkiego poety do nieznanej damy. I kradnie je, pchnięty nagłym impulsem. Ową damą jest prawdopodobnie panna LaMotte, której do tej pory zupełnie z Ashem nie kojarzono. Roland zwraca się o pomoc do Maud Bailey, badającej życie LaMotte, a potem razem podążają tropem tajemniczych listów, odkrywając prawdę o obydwojgu wiktoriańskich twórcach.

Co o niej sądzę?
Ta książka nie wciągnęła mnie od samego początku. Owszem, zachwyciła stylem, pomysłem i oryginalnością, ale nie sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać. Przeszkadzali mi z początku bohaterowie, jacyś niezdecydowani i problematyczni, przeszkadzała wiktoriańska stylizacja w korespondencji Asha i LaMotte, nie podobało się trochę prześmiewcze przedstawienie życia naukowego. Roland i Maud zamiast rozejrzeć się wokół siebie, siedzą z nosem w stęchłych dokumentach, zamiast zrobić coś ze swoim życiem, zanurzają się w cudze, dawno minione. Ale potem wszystko nagle zaczęło nabierać sensu. Klocuszki, z których zbudowana jest powieść, te listy i dzienniki, rozmyślania i retrospekcje, przeskakiwanie w czasie i przestrzeni - to w którymś momencie zaczęło się pięknie układać. Tak pięknie, że na policzki wystąpiły mi rasowe, wiktoriańskie rumieńce.

Narracja jest dość oryginalna (postmodernistyczna, jeśli mogę użyć tego modnego słowa), ale szybko można się do niej przyzwyczaić choć, szczerze mówiąc, nie zdzierżyłam tych wszystkich poematów i tylko przeskakiwałam je wzrokiem. Ten narracyjny zabieg sprawia, że bohaterowie wydają sięjeszcze bliżsi, jeszcze prawdziwsi. Uderzyła mnie zręczność autorki, z którą plecie ona ich losy. Obie pary, dwudziestowieczna i dziewiętnastowieczna, są połączone międzyczasową więzią, jakby stanowiły swoje lustrzane odbicia. W tej powieści nie ma zbędnych elementów, każdy klocek prędzej czy później znajduje swoje miejsce.

Dla kogo?
To jest opowieść o miłości i literaturze, połączonych i zaplątanych. Każdy, kto ceni sobie obie te rzeczy znajdzie wielką przyjemność w lekturze. Dla miłośników wiktoriańskich klimatów to pozycja obowiązkowa - na początku oglądamy co prawda ten dziewiętnastowieczny świat trochę z daleka, bardziej z perspektywy Rolanda-badacza, jednak w miarę czytania zagłębiamy się w niego coraz bardziej i bardziej. Klimat tej książki jest niesamowity!

Ocena:
9/10

PS. Słuchacie muzyki podczas lektury książek? Ja robię to nieczęsto, ponieważ zazwyczaj muzyka mnie rozprasza. Jednak w tych rzadkich wypadkach zawsze później dany album/piosenki natychmiast kojarzą mi się z określoną powieścią, z jej klimatem i stylem. Opętanie czytałam słuchając albumu francuskiej artystki Zaz. Jest cudny!

Piosenka 1.
Piosenka 2.


Piosenka 3, z naprawdę pięknym tekstem.

Zagadka Katyliny, STEVEN SAYLOR

piątek, 26 listopada 2010

6 komentarze
Podróże w czasie - część pierwsza. ;) Panowie i panie, proszę zapiąć pasy, cofamy się o 20,5 wieku...

O czym jest?
Steven Saylor napisał serię kryminałów historycznych, a Zagadka Katyliny jest trzecią jej częścią. Świat chylącej się do upadku Republiki poznajemy dzięki Gordianusowi Poszukiwaczowi, który stanowi w pewnym sensie prototyp współczesnego detektywa. Wykonuje on różne zadania dla możnych Rzymian: docieka prawdy, wynajduje różnorakie informacje.

W Zagadce Katyliny autor, z wykształcenia historyk, opisuje niespokojne czasy końca konsulatu Cycerona i okres buntu wywołanego przez gorącokrwistego patrycjusza, Katylinę. Oprócz tych dwóch, bardzo plastycznie pokazanych postaci, poznajemy też zręcznego polityka Cezara, bajecznie bogatego Krassusa i inne wielkie osobistości tamtych czasów. Równocześnie jednak towarzyszymy Gordianusowi w jego codziennym życiu, w Rzymie i na prowincji, zanurzając się w ten dawno miniony, fascynujący świat.

Co o niej sądzę?
Niewątpliwą zaletą książki (tej, jak i pozostałych z serii) są realia historyczne, przedstawione z niezwykłą dokładnością i rozmachem. Rzym u progu cesarstwa był miastem fascynującym: ogromnym, tętniącym życiem organizmem, a ja dzięki Saylorowi na chwilę poczułam jego atmosferę. Polityka i stosunki społeczne tak różne od naszych, a jednocześnie tak podobne! Mentalność - to przekonanie o wyższości cywilizacyjnej nad resztą świata, zadufanie w sobie, przeświadczenie o technologicznym rozwoju - jakże podobna do naszej. Z niedowierzaniem czytałam o machinacjach na szczytach władzy, o korupcji i podwójnych standardach, o spiskach i populizmie... i zastanawiałam się czy to rzeczywiście minęło...? Czy też raczej jest wpisane w naturę ludzką i obecne w każdym pokoleniu, w każdym czasie?

Gordianus jest w pewnym sensie postacią anachroniczną - ma bliskie nam, nowoczesne poglądy na temat niewolnictwa (widzi w niewolnikach ludzi, a nie bydło), małżeństwa (kocha swoją żonę i jest jej wierny), polityki (wszyscy kłamią, tylko niektórzy więcej, a niektórzy mniej). Jest nieufny, trochę zgorzkniały, a wobec Rzymu ma uczucia ambiwalentne: czuje niesmak i dumę jednocześnie. Ma niejednoznaczny charakter i często sam siebie zaskakuje, co czyni go ciekawą postacią.

Ta książka to kryminał tylko na jednym poziomie. Wątek zagadki pt. "kto zabił" jest tak naprawdę poboczny, o wiele ważniejsza jest tytułowa zagadka Katyliny, którą on sam zadał Gordianusowi, a która dotyczy kondycji państwa. I tak naprawdę o tym właśnie jest ta powieść, o dylematach władzy, mechanizmach rozkładu państwa, teorii "mniejszego zła". Trafiła do mnie. 

Dla kogo?
Dla osób lubiących podróże w czasie. :) To nie jest typowa książka historyczna - w końcu mówimy o kryminale - ale dzięki kompetencjom autora, zamienia się w prawdziwą historyczną ucztę. Znajdziecie w niej przeróżne smaczki, od takich szczegółów jak jadłospis starożytnych, po główne wątki senackiej przemowy Cycerona. Myślę, że Saylorowi udało się zachować tę rzadką równowagę pomiędzy zabawą, a pożytkiem.


Ocena:
8/10

Miasto kości, CASSANDRA CLARE

wtorek, 23 listopada 2010

0 komentarze
Pierwsza część trylogii fantasy przeznaczonej dla "starszej młodzieży".

O czym jest?
Młoda dziewczyna, Clary, poznaje przypadkiem trójkę swoich rówieśników: złotowłosego mruka Jace'a oraz rodzeństwo Aleca i Isabelle. I wszystko byłoby w porządku gdyby nie to, że:
1) nikt oprócz Clary ich nie widzi;
2) cała trójka jest akurat w trakcie zabijania jakiegoś nastolatka.
Otóż, jak się szybko okazuje, nie nastolatek to, a okropny demon, od którego bohaterowie chcą uwolnić ludzkość, a Clary niepotrzebnie im w tym zawadza. Tak zaczyna się cała polka - Clary i jej przyjaciel Simon dowiadują się o istnieniu całej masy baśniowych istot: wampirów i wilkołaków, półaniołów, demonów, czarodziejów, wróżek i kogo tam jeszcze da się wymyślić. Wszyscy sobie żyją między niczego nieświadomymi ludźmi, a nad tym, żeby im nie zagrażali, czuwają Nefilim, wspomniane wyżej półanioły. Jace, Alec i Isabelle to młodociany narybek półanielskiego przyczółku w Nowym Jorku.

Sytuacja zaczyna się komplikować, gdy okazuje się że:
1) mama Clary na bank ma coś z półaniołami wspólnego, zważywszy na to, że znika w podejrzanych okolicznościach, a zamiast niej Clary znajduje w mieszkaniu krwiożerczego zombiaka;
2) paskudny rasista Valentine, sprawca jeszcze nie tak odległego rozłamu wśród Nefilim, może wcale nie być tak martwy jak wszyscy sądzą.

Co o niej sądzę?
Nie jest to literatura wysokich lotów, ale byłaby całkiem w porządku, gdyby nie dwie rzeczy, widoczne podczas czytania i trzecia, stanowiąca gwóźdź do trumny, o której dowiedziałam się z goodreads.com. Zacznijmy od braków wewnętrznych: w tej książce wydarzenie goni wydarzenie i to nie w tym pozytywnym sensie, gdy po prostu nawarstwienie akcji nie pozwala człowiekowi jeść ani spać. Chodzi o ten rodzaj fabularnego tempa, w którym bohaterowie miotają się w te i wewte, bez refleksji i odpoczynku, bez jakiegoś namysłu nad tym co było, co się wydarzyło i jak to zmienia ich życie. Nie uwierzyłam w te postacie

Drugą denerwującą sprawą był Jace, a dokładnie sposób, w jaki autorka ukazuje jego relacje z Clary. Te cwaniackie odzywki, które miały wyjść "gburowato ale seksownie", okazały się okropnie drętwe. Niby taki drobiazg, a irytował mnie okropnie podczas czytania. Cały wysiłek autorki, żeby nadać jej ulubionemu bohaterowi rys "zniewalającego skurczybyka", leżał przede mną bezwstydnie obnażony.

Trzeci punkt "na nie" to wiadomość, że Cassandra Claire pisała opowiadania na bazie Harrego Pottera, głównym bohaterem czyniąc przy tym Draco Malfoya. I z tych fanfików narodziła się później jej debiutancka trylogia. Rzeczywiście, jakby się przyjrzeć bliżej Miastu kości, odwołania do twórczości Rowling narzucają się same. Lekkie zżynanie z tego czy owego zdarza się pewnie każdemu autorowi, ale tutaj przekroczyło moim zdaniem pewne normy. Gdyby jeszcze styl był w porządku, nie czepiałabym się. Ale nie jest. Ani tak plastyczny, ani wciągający, ani wiarygodny jak ten w serii o nastoletnim czarodzieju.

Czy książka ma zalety? Ma, oczywiście: jest dość lekka, dobrze zredagowana, świat przedstawiony jest bogaty w różne cuda wianki, świadczące o wyobraźni autorki. Jeśli ktoś nie wiedział o tych potterowych powiązaniach autorki, Harrego nie czytał, to na pewno będzie pod urokiem fabuły.

Dla kogo?
Chyba dla tych, dla których ta książka jest przeznaczona - starszej młodzieży, i to raczej tej bardziej bezkrytycznej. Ja sięgnęłam po Miasto kości, bo byłam ciekawa co też jest tak intensywnie promowane na księgarskich półkach (i to wcale nie młodzieżowych, a tych z fantastyką). Potem wypożyczyłam jeszcze drugi i trzeci tom - drugi zmogłam do połowy, trzeci przekartkowałam, żeby poznać zakończenie.

Ocena:
4/10